Bałtyk - Bieszczady - Bałtyk Tour. 2016 km (prawie) non stop

Po pierwszym BBTour w 2014 mówiłem, że to raczej max. Jakoś nie byłem przekonany, że powinienem jeździć jeszcze dłużej. Ale organizator postanowił zmotywować do dołożenia kilometrów. 2 x 1008 = 2016, więc w roku 2016 dla chętnych została przygotowana edycja powrotna. Po dojechaniu na metę i odpoczynku, którego czas zależeć będzie od tego jak szybko się na tej mecie znajdziemy, ruszamy do Świnoujścia. To „prawie” w tytule na górze, to właśnie odpoczynek w Ustrzykach Górnych.

Tam

Przygotowałem dwa plany na pierwszą część. Plan 1 – jadę w miarę szybko, nie śpiąc po drodze, żeby dojechać wcześniej do Ustrzyk i mieć może nawet 30 godzin na odpoczynek. Jeśli to się nie uda, to: Plan 2 – śpię drugą noc w Iłży (po 700 km), dojeżdżam do Ustrzyk wprawdzie dużo później, ale mam już jedną noc przespaną.

Świnoujście 0 km, sob 7:25

Lista startowa liczy ok 250 nazwisk. 85 osób, które zadeklarowały powrót, rusza na początku, żeby na mecie mieć więcej czasu na odpoczynek. Dlatego startuję dużo wcześniej, niż poprzednio. Wiem, że będę doganiany przez szybszych zawodników z innych grup i zamierzam korzystać ich koła.

Pogoda taka sobie. Nie pada, ale jest nie za ciepło. Jedzie się przy takiej pogodzie doskonale, humor psują tylko chmury, bo nie wiadomo, czy coś z nich nie spadnie. I rzeczywiście, chwilę po starcie zaczyna kropić. Nic wielkiego, drobna mżawka, ale nikt tego nie lubi.


foto: Koleżanka Małżonka

Jadę w zgranej grupie świnoujskiej. Widać, że są dobrze zorganizowani. Pilnują spokojnego tempa, sprawdzają, czy nikt nie zostaje w tyle.

W Wysokiej Kamieńskiej widzimy opuszczające się szlabany przejazdu kolejowego. Żeby nie tracić czasu lecę od razu w krzaki. Kawałek za przejazdem cała grupa zjeżdża do toalety na stację benzynową. Ja już nie muszę, więc jadę dalej dołączając do jakiejś pary. Znaczy: próbuję dołączyć, bo chyba wolą jechać sami. Kilka razu ostro szarpią i kiedy, za czwartym razem, przestaję na to odpowiadać, utrzymują stałą odległość kilkudziesięciu metrów. Wcale nie jadą szybciej. Dobra, nie będę się wpraszać.

Płoty 76 km, sob 10:19 (od startu 2:54)

Poprzednio w Płotach stałem dość długo. Teraz wrzucam banana na plecy i do razu ruszam. Drożdżówkę z punktu jem już jadąc. Jeszcze nie muszę odpoczywać.

Za Płotami robi się pagórkowato. Tyle lat wkładano mi do głowy o morenie czołowej i rynnach lodowcowych. Te suche fakty ze szkoły zupełnie inaczej przedstawiają się kiedy z każdej takiej rynny trzeba wyjechać rowerem. Nabieram emocjonalnego stosunku do wiedzy szkolnej. Może tak powinny wyglądać lekcje geografii? Zabierać dzieci na rower w teren?

Zrobiło się ładnie, wyszło słońce. Jadę sam i dobrze mi z tym. Wieje trochę w twarz, ale na razie to nie przeszkadza.


foto: Mateusz

Drawsko Pomorskie 130 km, sob 12:18 (od startu 4:53)

Punkt w Drawsku, poprzednio wysuszony z wody, tym razem dobrze zaopatrzony. Panie biegają wokół nas, żeby nic nie zabrakło. Zdejmuję tu rękawki i nogawki, bo robi się już naprawdę ciepło.

Za Drawskiem dogania mnie pierwszy pociąg. Na to czekałem. W grupie jest 8 osób i pędzą dużo szybciej niż ja. Ale doczepiam się na 10 km. Odpuszczam dopiero, kiedy zaczynam czuć kolana. Wiem, że nie mogę przesadzić. Żaden zysk czasowy nie jest wart późniejszej kontuzji.

Godzinę później druga grupa, która pędzi tak samo szybko. Oczywiście doskakuję. Opamiętanie przychodzi dopiero, kiedy wyprzedzamy Hipka jadącego solo. Przecież Hipek jeździ dużo szybciej niż ja! Zostawiam więc grupę i dalej jadę swoim tempem. Od razu widać zyski z jazdy w grupie - jak tylko sam zaczynam walczyć z wiatrem, Hipek natychmiast mnie wyprzedza.

Kiedy dojeżdżam do krajowej 10 i skręcam na wschód dostaję mocno w twarz wiatrem. To bardzo męczący kawałek. Jadąc z kimś, mógłbym zmieniać się na prowadzeniu i odpoczywać na kole. A tak muszę sam pracować. Mocno zmęczony dojeżdżam do PK Piła.

Piła 227 km, sob 16:12 (od startu 8:47)

W Pile spotykam Wąskiego i Keto. Będziemy jechać razem do następnego wieczora.

Punkt świetnie zaopatrzony, co jest miłym zaskoczeniem po zeszłorocznej biedzie. Szkoda, że później punkt został zbyt szybko zamknięty i ostatni zawodnicy już nie mogli z niego skorzystać. Rozumiem, że organizator podaje czas zamknięcia punktu, ale lekkie przedłużenie nie zaszkodziłoby.

Jedziemy w kilku, więc wiatr nie męczy już tak bardzo, choć cały czas wieje w twarz.

Kruszyniec 306 km, sob 19:27 (od startu 19:35)

Pierwszy Duży Punkt Kontrolny, gdzie mamy dostęp do naszych toreb. Na razie niczego z mojej nie potrzebuję. Dwa lata temu w Kruszynie zaczynałem smarować już plecy maścią przeciwbólową, ale ponieważ teraz zamierzam jechać w obie strony, to uznałem, że niczym nie wspomagam się w drodze do Ustrzyk. Idzie o to, żeby mieć pewność, że mój stan na starcie do powrotu nie jest efektem chemii.

Jak zwykle, nie zamierzam spać pierwszej nocy, zbieramy się i jedziemy dalej. Staliśmy 45 minut, to krócej niż poprzednio. Taki był plan. Mam swoje lata i szybciej to już raczej jeździć nie będę. Oszczędzać czas muszę na postojach.

Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, żeby dokupić brakujące Wąskiemu baterie. Podchodzi do nas wzburzony kierowca ciężarówki i, nie przebierając w słowach, pyta o tłumy rowerzystów na DK 10 („jadę od Szczecina i pełno was tutaj”). Tłumaczymy, wyjaśniamy, ale do pana jakoś to nie dociera. Trudno, my też moglibyśmy ponarzekać na ilość TIRów. Przecież większości z nich nie wolno jeździć w weekend.

Toruń 450 km, sob 22:45 (od startu 15:20)

Z punktu w Toruniu rusza z nami dwóch chłopaków z Włocławka. Nie startują w BBT, więc wyganiamy ich na koniec, mimo że chcieli pomóc i pociągnąć nas. Nie możemy jednak korzystać z ich wsparcia.

We Włocławku nie ma w tym roku punktu. Ale na wylocie migają światła rowerowe przyczepione do słupka. Potem na przystanku dostrzegamy kogoś w koszulce BBTour. Na pytanie, czy potrzebujemy czegoś, dziękujemy i lecimy dalej. Potem dowiemy się, że to był spontaniczny punkt żywieniowy jednego z weteranów maratonu, który częstował tam własnej produkcji naleśnikami. Ech, może należało się jednak zatrzymać?

To pierwsza noc i jedzie mi się świetnie. Wiatr nieco ucichł, trochę przyspieszamy. Wiele osób narzeka na ten kawałek. Mówią, że płasko i nudno. A ja lubię tę drogę wzdłuż szeroko rozlanej Wisły. Teraz wprawdzie nic nie widać, ale pocieszam się, że drodze powrotnej powinienem być tu za dnia.

Dąb Polski 450 km, nie 02:40 (od startu 19:15)

Świetnie przygotowany punkt, z załogą, która uwija się, żeby każdemu z nas pomóc. Dostajemy dwudaniowy obiad i jeszcze pakiet na następny odcinek. Są tu też materace, które kuszą, żeby choć na chwilę się położyć. Wąski i Keto zalegają na chwile na kanapie i podłodze, ale popędzam i sprawnie zbieramy się dalej. Następny punkt bardzo blisko.

Gąbin 486 km, nie 04:54 (od startu 21:29)

Tutaj w poprzedniej edycji wymieniałem szprychę na co poleciało masę czasu. Zaczynam więc liczyć, o ile jestem szybszy od tamtych czasów. I podoba mi się to. Wiem, że jeśli utrzymam takie tempo i nic się nie stanie, to uda się poprawić wynik z 2014. Może nawet zejść poniżej 50 godzin?

Za Gąbinem jedziemy przez jakiś czas tylko z Wąskim. Tuż przed świtem dopada nas senność. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej w Giżycach, wypijamy po energetyku i siadamy w kącie na kwadrans drzemki. Dwoje pracowników stacji … przynosi nam koce, żebyśmy nie siedzieli na posadzce. Oponujemy, że my tylko na chwilę, że jesteśmy brudni, ale państwo są zdecydowani, więc mamy trochę komfortu.

Drzemka pomaga i dalej jedziemy dużo szybciej.

Żyrardów 558 km, nie 08:52 (od startu 25:27)

W Żyrardowie jest już bardzo ciepło. Rozkładamy się na leżakach przed Centrum Kultury i zajadamy pysznym makaronem z mięsem. Już po maratonie dowiedziałem się, że ten makaron mógł być powodem moich późniejszych kłopotów. Pojawiły się głosy, że sos trzymany na słońcu, był przyczyną sporej liczby problemów żołądkowych. Ale smakuje wyśmienicie, więc na razie cieszymy się nim.

Wygodne leżaki i przygrzewające słońce nie motywują do dalszej jazdy. Trzeba jednak zbierać się.

Zaczyna mnie boleć głowa. Najpierw zrzucam to na karb słońca. Jednak po jakimś czasie odkrywam, że to okulary zbyt mocno cisną. Chyba pierwszy raz jadę w nich tak długo i okazuje się, że są trochę za ciasne. Rozginam maksymalnie ich ramiona, uff, pomaga.


foto: Renifer

Białobrzegi 631 km, nie 12:45 (od startu 29:20)

Jeśli dwa lata temu narzekaliśmy na marne drożdżówki na punkcie w Białobrzegach, to dziś ogrania nas już tylko pusty śmiech. Dostajemy … ciasteczka z marmoladą. Jedyny plus tego punktu, to chłodne wnętrze urzędu, które przynosi ulgę od upału.

A robi się naprawdę ciepło. Zwykle tego nie robię, ale teraz zatrzymujemy się co jakiś czas i moczymy chustki na głowę. Polewanie wodą też pomaga. Trzeba tylko uważać, żeby nie pomylić bidonu z wodą, z tym drugim, w którym mam słodkie.

Kilka kilometrów przed punktem w Iłży mój żołądek bardzo gwałtownie odmawia posłuszeństwa. Boli tak bardzo, że muszę na chwilę zatrzymać się zgięty w pół. Wąski i Keto od razu zawracają po mnie i nie zaważając na moje „jedźcie, jedźcie, jakoś się dotoczę” ciągną mnie powoli do punktu. Przed nami zbierają się czarne chmury i chłopaki ryzykują, że nie zdążą przed ulewą. Mimo to, nie zostawiają mnie i cierpliwie wloką się moim tempem.

Iłża 696 km, nie 16:40 (od startu 33:15)

Kiedy tylko dojeżdżamy do punktu, zaczyna lać. Nie mżyć, kapać, czy padać, ale lać. Mamy szczęście, że zdążyliśmy. Wiadomo, że padać nie przestanie szybko, ale przynajmniej na punkcie jesteśmy na sucho.

Zjadamy obiad i chłopaki decydują się na spanie. Ja jeszcze przez jakiś czas kozaczę, ale problemy żołądkowe mnie trochę ścięły, więc wdrażam Plan 2.

Wąski i Keto jakimś cudem znaleźli wolny pokój. Jest tam też Monika. Przygarniają mnie na pół łóżka. Nastawiam zegarek na 4,5 godziny i szybko zasypiam. Niestety,       po półtorej godziny Wąski mówi, że i tak nie może zasnąć i szkoda czasu. Trudno, zwijamy się. Tak, z dwóch starannie przygotowanych planów na spanie, powstaje jakiś trzeci pośredni, który nie wiadomo jak się sprawdzi.

Żołądek nie bardzo się uspokoił. Lekarz wyścigu daje mi „coś, żeby przeszło”. Niestety nie pomaga. Za Iłżą zwiedzam toalety na każdej stacji benzynowej. Dopiero czwarta, czy piąta przynosi ulgę. Ale jestem przez to wszystko mocno osłabiony. Jakieś fatum wisi nade mną i Iłżą. Tak jak poprzednio, do następnego punktu wlokę się strasznie. To i ciągłe przerwy sprawiają, że jadę sam.

Cały czas pada. Prognozy mówią, że trzeba się do tego przyzwyczaić, bo będzie padać do mety. Z dobrych wiadomości – zmienił się wiatr i nie przeszkadza już tak bardzo, jak przez pierwsze 700 km.

Majdan Królewski 814 km, pon 02:27 (od startu 43:02)

Punkt w Domu Kultury. Na scenie i rzędach krzeseł śpi sporo ludzi. Owinięci w folie NRC, obok wiszą przemoczone ciuchy, które i tak nie mają szans wyschnąć.

Wiem, że jeśli zacznę się rozbierać, to potem zatelepie mnie na śmierć, kiedy ruszę. Ściągam więc tylko na chwilę kurtkę, zjadam świetną zupę, wypijam dwie herbaty i jadę dalej. Cały czas sam i cały czas w deszczu.

Na drodze robi się jakby mniej przyjemnie. Nie, nie boję się jeździć w dużym ruchu. Ale zalany deszczem asfalt odbija światła samochodów. Okulary od dawna zdjęte, bo i tak nic przez nie widać. Oczy zaczynają boleć od ciągłego mrużenia.

Rzeszów 860 km, pon 5:39 (od startu 46:14)

Znowu nie rozbieram się, żeby nie wystygnąć. Na punkcie bardzo dobra zupa (która to już?) i pierogi. Wymieszane. Boję się trafić na te z kapustą, których szczerze nie cierpię, więc zjadam tylko kilka. Udaje mi się wylosować tylko mięsne. Uff.

Dojeżdżają Monika i Pająk, z którymi mijałem się gdzieś przed Rzeszowem. Wiem jednak, że jestem już mocno zmęczony i teraz lepiej, żebym jechał sam. Droga za punktem koszmarna. Brak pobocza i poranny szczyt. W dodatku nowy dzień zapomniał włączyć słońce, cały czas pada.

Brzozów 904 km, pon 8:00 (od startu 48:35)

Legendarny punkt prowadzony przez koło gospodyń wiejskich. Trzeba tu bardzo uważać, bo stoły uginają się od jedzenia i można utknąć na dłużej. Jem porządny śniadanio-obiad i umawiam się z paniami, że następnego dnia, w drodze powrotnej, na pewno zatrzymam się na dłużej.

Zanim ruszę dojeżdża duża grupa z Wąskim.

Przejazd przez Sanok straszny. Zakorkowane miasto, co chwila światła. Słyszałem, że można tu było pojechać obwodnicą, ale jakoś nie mam siły kombinować.

Za Brzozowem, jak zwykle, zaczynam liczyć czas. No dobra, od początku liczyłem, ale tu już można coś konkretnego powiedzieć. Jeszcze w Iłży byłem godzinę szybciej w porównaniu do poprzedniego BBT. W Rzeszowie, po ciężkiej nocy, godzinę później, potem w Brzozowie niemal w tym samym czasie. Dopiero dochodzę do siebie po wieczornym osłabieniu i już wiadomo, że raczej nie ma szans na poprawienie wyniku sprzed dwóch lat. Ale to nie ważne, trzeba jechać tak, żeby starczyło pary na powrót.

Ustrzyki Dolne 955 km, pon 11:25 (od startu 52:00)

Punkt na … piętrze. Jest wprawdzie winda, ale to przecież nie honor :-) Szybko płacę za takie chojractwo, kiedy na śliskim butach i mokrym siedzeniu zjeżdżam ze schodów.

Za Ustrzykami do góry. Fajnie gdyby podjazdom towarzyszyły widoki. Niestety, jak często w Bieszczadach, oglądać można tylko mgłę i chmury. Podjazd do Żłobka i Czarnej idzie mi dość ciężko. Mam już mocno obtarte siedzenie, co zaczyna mnie martwić, bo przecież jutro mam wracać. Daleko za sobą widzę, że ktoś mnie goni. Wydaje się, że to Wąski i wiem, że raczej mnie dojdzie.

Po zjeździe do Lutowisk zaczyna się łagodny długi podjazd na metę. Wąski rzeczywiście mnie dogania i trochę przyspieszamy, bo choć mi nie zależy już na czasie, to on chce zmieścić się w 55 godzinach.

Ustrzyki Górne 1008 km, pon 14:10 (od startu 54:45)

Trzy kwadranse dłużej niż poprzednio. Nie tak miało być. Teraz jednak najważniejsze, to szybko przygotować się na powrót.

Dostaję medal, melduję SMSem do domu, idę coś zjeść i lecę do pokoju. Biorę szybki prysznic i smaruję to, co wymaga smarowania. Mam nadzieję, że na rano wszystko wróci do normy.

Rower jest w opłakanym stanie. 300 km w deszczu, cały uwalany piachem, linka od przedniej przerzutki ledwo chodzi. Pytam w recepcji, czy nie dałoby się go gdzieś umyć. Właściciel staje na wysokości zadania i po chwili mam kran i wąż, dzięki którym spłukuję największy brud.

Rower na pewno wyschnie, ale jest problem z ciuchami. Trochę mam na zmianę, ale część musi jechać dalej. Najgorzej jest z butami, z których wylewa się woda. W pokoju nie ma ogrzewania, ale nad szafą wisi klimatyzator. Włączamy go, i kładziemy pod nim to wszystko, co musi wyschnąć. To głównie moje rzeczy, bo z naszego pokoju wracam tylko ja i Tomek, który dojechał na tyle szybko, że nie zdążył zmoknąć. Cwaniak. Tak to każdy potrafi :-)

Idę coś zjeść i kładę się spać. Czasu zrobiło się nie za dużo, więc tylko na półtorej godziny. Pocieszam się, że jeśli dodam do tego półtorej godziny w Iłży, to wychodzi, że mam prawie przespaną noc :-)

Budzę się i idę coś zjeść. Potem trochę się rozciągam i wydaje się, że będzie OK, ale ostateczną decyzję o powrocie zostawiam na rano. Smaruję łańcuch, trochę walczę z linkami, ale niewiele to daje. Potem … idę coś zjeść. I spać.

Powrót

Rano wstaję wypoczęty. Nic nie boli, obtarcia zniknęły. Znaczy – wracam.

Najpierw jednak idę coś zjeść :-). Ciekawe, czy obsługa w Caryńskiej spodziewała się takiego obciążenia na śniadaniu. Pochłonęliśmy takie ilości jedzenia, że nie zdziwię się, jeśli w 2018 Zajazd Caryńska odmówi goszczenia BBTour. Czy klasyczni, bieszczadzcy turyści jedzą tyle co kolarze?

Odprawa przed startem. Na powrót zgłaszają się 24 osoby, zapowiada się więc kameralna impreza. Mądrzejsza większość zostaje w Ustrzykach, cieszyć się doskonałą pogodą. Tak, cały czas siąpi i nie wygląda, żeby miało przestać. Po co ja wczoraj myłem rower?

Mądrzejsza większość komentuje też stan psychiczny wracających. Głośno wyrażana jest potrzeba konsultacji lekarskich i zastosowania kaftanów bezpieczeństwa. To co, 1000 jest ok, a 2000 to już do psychiatryka?


foto: Wąski

Ustrzyki Górne 0/1008 km, wto 11:55

Mamy startować o 11, ale tuż przed okazuje się, że jedzie nas dwa razy więcej. Robert miał zbyt mało czasu na przygotowanie lokalizatorów i start jest przesunięty. O … nie wiadomo ile. Jednocześnie trwa dekoracja edycji 1008 i montowanie lokalizatorów na powrót. Wkrada się lekki chaos, jest dość ciasno, masa rowerów i ludzi. To chyba gdzieś tu zaczynają się moje kłopoty z przednim kołem.

Startujemy, tak jak ze Świnoujścia, grupami po 6 osób, co 5 minut. Ale na starcie nie ma listy, więc nie bardzo wiadomo, w której grupie się jedzie. 11:55 startuje grupa, w której są już numery większe od mojego. Hmm, to ja pewnie też. Ruszam.

Po kilkudziesięciu metrach mijamy kogoś … dojeżdżającego do mety 1008. To chyba Ewa ze Świnoujścia. Wydaje mi się, że rozmowę z nią słyszałem kilka godzin wcześniej. Sędzia przez telefon przekonywał kogoś, kto chciał się wycofać w Ustrzykach Dolnych: „Szkoda rezygnować przed samym końcem. Jedź dalej. Wydłużymy dla Ciebie limit.”

Jednak przestaje padać i wychodzi słońce. Już w Lutowiskach zaczynam się rozbierać. Zwłaszcza, że zaraz musimy wspinać się na do Żłobka. Wreszcie można cieszyć się pięknymi widokami. Szkoda, że na zjazdach, które teraz przeważają, muszę bardziej uważać na drogę, niż na panoramy.

Ustrzyki Dolne 55/1063 km, wto 13:45 (od startu 1:50/56:30)

Wczoraj pod górę jechałem 2:45. Dziś w Ustrzykach Dolnych jestem już po godzinie i 50 minutach. Podbijam tylko książeczkę maratonu, chwytam kilka owoców i jadę. Trochę dziwi mnie widok kilku zawodników, który już tu siadają na odpoczynek. Co będzie za kilkanaście godzin? Z drugiej strony, wiele osób zapowiadało (ja też), że powrót „to już na luzie, żadnego ścigania”.

Znowu Sanok. Jest jeszcze gorzej niż wczoraj. Gdzie Ci wszyscy ludzie jadą? Dwa razy ledwo unikam zderzenia z samochodem wyjeżdżającym z podporządkowanej. Co jest? Jestem dość duży i chyba widać mnie, nie?

Przed Brzozowem doganiają mnie Monika i Kurier. Siadam im na chwilę na koło, choć wiem, że to za szybko jak na mnie.

Brzozów 104/1112 km, wto 16:35 (od startu 4:40/59:25)

Umówiłem się z paniami, że dziś zatrzymam się na dłużej. W zasadzie nie muszę jeszcze odpoczywać, ale rozsądek jednak każe siąść na chwilę i zjeść. Do następnego punktu ponad 100 km, więc nie ma co jechać na głodniaka.

Spotykam tu sędziego i kilku zawodników. W miłej atmosferze spędzamy kilkanaście minut. Potem jednak trzeba jechać. Ruszam sam. Tak będzie mi się lepiej jechało.

Za Brzozowem trasa powrotna ma nieco inny przebieg niż oryginalne 1008. Omijamy Rzeszów i nieprzyjemny odcinek DK 19 i DK 9. Mimo, że trasa na powrót jest tylko sugestią organizatora (obowiązkowe jest tylko zaliczanie punktów), postanawiam zaufać tej propozycji. I to jest strzał w dziesiątkę! Nie jest tak płasko, jak przez Rzeszów, ale za to bardzo dobra nawierzchnia i mały ruch samochodów. I te widoki! W najwyższym miejscu tego objazdu, miedzy Zawadką i Bystrzycą, jestem kiedy słońce jest już bardzo nisko. Aż żal, że nie mam ze sobą aparatu. Z drugiej strony, wiadomo jak kończą się takie „zatrzymam się tylko na chwilę, na jedno zdjęcie”. A potem długi, szybki zjazd. Ten kawałek powinien na stałe wejść do menu BBTour.

Kiedy wjeżdżam znowu na DK 9, dogania mnie większa grupa. Na czele gna Kurier, na końcu jedzie Monika. Wcześniej mówili, że będą jechali po staremu – przez Rzeszów. Chyba jednak jechali tak jak ja, bo po płaskim powinni być znacznie dalej niż tu. Podczepiam się i lecę z nimi aż do Majdanu Królewskiego. Odpowiadają mi takie szybsze ostatnie kilometry przed punktami.

Majdan Królewski 208/1216 km, wto 20:52 (od startu 8:57/63:42)

To jeden z tych punktów, gdzie zaangażowanie obsługi aż onieśmiela. Siedzieli tu ponad 30 godzin kiedy jechaliśmy do Ustrzyk. Teraz znowu tu są i z tym samym uśmiechem serwują pyszną zupę.

Ruszam przed grupą Kuriera i wołam, żeby znowu dogonili mnie tuż przed punktem.

W drodze powrotnej mamy znacznie mniej punktów i odległości między nimi są większe. Dlatego na mojej ściądze mam stacje benzynowe, albo inne miejsca, które dzielą trasę na mniejsze kawałki. Takie dzielenie trochę pomaga, żeby nie myśleć o mecie, która jest jeszcze bardzo daleko, a tylko o najbliższych kilometrach. 

Zaczyna się noc, a z nią przychodzi kryzys. Jestem już mocno zmęczony, a do końca kawał drogi. W dodatku coraz trudniej mi siedzieć. Wreszcie odkrywam, że na styku z siodełkiem ma dwie rany wielkości kciuka. Trochę mnie to podłamuje. Jak mam przejechać 800 km w takim stanie? Zaczynam się zastanawiać, czy dam radę do Świnoujścia.

Iłża 312/1320 km, śro 2:50 (od startu 14:55/69:40)

W Iłży mamy przepak. Noc jest ciepła, więc nic z niego nie biorę. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie przespać się. Zmęczenie trochę przeszło, więc rezygnuję z odpoczynku. I to mógł być błąd.

Na ranem przychodzi porządny kryzys. Wlokę się strasznie. Co chwila wstaję, żeby dać trochę ulgi siedzeniu. Ale długo tak nie da się jechać, więc zaciskam zęby i wracam na siodełko.

Cały czas wieje w twarz. Wiatr uparł się, żeby przeszkadzać nam w obie strony.

Pęka szprycha w przednim kole. Jeszcze nigdy takie coś mi się nie zdarzyło. Zwykle tracę je w tylnym, mocniej obciążonym kole. Przypominam sobie tłok wokół rowerów na starcie w Ustrzykach. Może wtedy ktoś oparł się mój rower i zgiął szprychę? Na szczęście koło kręci się równo, więc nie przejmuję się tym.

Za Grójcem kilometrami ciągną się sady owocowe. Pachną pięknie i pewnie jechałoby się super, gdyby nie zmęczenie.

Mijam przydrożny krzyż. Słońce już mocno grzeje i płotek otaczający krzyż jest ciepły, kiedy siadam i opieram się o niego. Oczy natychmiast zamykają się. Śpię 15 minut i wstaję w lepszym nastroju, którego jednak starcza tylko na kilkadziesiąt minut. Potem znowu wraca zmęczenie, potęgowane przez upał. Do Żyrardowa dojeżdżam z mocnym postanowieniem rezygnacji.

Żyrardów 450/1458, śro 11:15 (od startu 78:05)

Tam gdzie powinien być punkt … nikogo nie ma! Nerwowo sięgam do kieszeni po książeczkę maratonu. Może coś pomyliłem? Nie, punkt ma być w Żyrardowie. Wreszcie w drzwiach Centrum Kultury widzę kilka rowerów. Uff, punkt jest przeniesiony do środka. I dobrze, jest tu znacznie chłodniej. Są leżaki, opadam na jeden z nich i zastanawiam się co dalej. Za 30 km jest Sochaczew skąd można wrócić pociągiem. Obok siedzi kilku kolegów, wszyscy wyglądają słabo, ale jakoś nikt nie chce powiedzieć głośno tego, co wszyscy myślą: „chłopaki dajmy sobie z  tym spokój”.

Nie ma jeszcze połowy trasy, a ja mam dość. Wysyłam kilka zrezygnowanych SMSów. Po chwili dostaję odpowiedzi. Żona i rodzicie piszą o rozsądku, o zdrowiu, które jest najważniejsze i o mierzeniu zamiarów na siły. Koleżanka z pracy: „Wracaj. Padniesz tam :-)”.

Zupełnie inaczej reagują koledzy: „Jesteś zaje…. Dasz radę i w to wierzę!”, „Bierz się w garść i jedziesz!”, „Wycofać się??? Nie wiedziałem, że znasz takie pojęcie :-)”. Sprawę jasno stawia Mateusz, który nie bawi się w SMSa, tylko dzwoni: „Tata, ty nie dasz rady?”. I co ja mam odpowiedzieć, na takie dictum? Na wygodnym leżaku przesypiam pół godziny. Wpycham w siebie trzecią drożdżówkę, czwartą pakuję na plecy i w drogę.

Odpocząłem, ale siedzenie jest już krwawą miazgą. Czasem boli tak, że kręci mi się w głowie. W Sochaczewie kupuję tabletki przeciwbólowe. Bez tego nie ma szans dojechać. Sprawdzam ile ich jest i jak długo wolno je zażywać, chyba powinienem się wyrobić do Świnoujścia :-)

Przy kolejnej fali zmęczenia, wraca myśl „po co ja to w ogóle robię?”. Płacić masę kasy, poświęcać urlop, po to żeby się tak skatować? Przypomina mi się Transatlantyk, który niedawno pisał, że jeździmy tak dla „sławy mołojeckiej”. Oj, drogo dziś kupuję tę sławę…

Ale między tymi momentami cierpienia, są długie chwile, kiedy jazda jednak cieszy. Jeśli uda się znaleźć dobrą pozycję na siodełku, jeśli droga prowadzi przez las, gdzie tak bardzo nie wieje, to jedzie mi się naprawdę dobrze. I, tak jak się spodziewałem, wzdłuż zalewu na Wiśle jadę w dzień i mogę do woli napatrzeć się na rzekę migającą między drzewami.

Przed Dębem Polskim wyprzedzają mnie samochodem Janek i Tomek, którzy organizują ten punkt. Mówią, że już tylko kilka kilometrów. Kiedy odjeżdżają widzę, że jadą samochodem na szczecińskiej rejestracji i mają bagażnik na rowery. Szczecińskie numery i bagażnik! Ten samochód będzie niedługo jechał w stronę domu! I może mają miejsce na mój rower!

Dąb Polski 582/1590 km, śro 17:35 (od startu 29:40/84:25)

Mimo, że nie traktuję już poważnie swoich rozważań o wycofaniu się, to zwierzam się chłopakom z tego, co pomyślałem na widok ich samochodu. Problem sam się rozwiązuje - nie jadą do Szczecina i nie mają miejsca.

Zjadam pyszną kalafiorową. Wiem, to brzmi w moich ustach trochę dziwnie. W domu nie tknąłbym tego świństwa, ale w tych warunkach jest super. Potem na kwadrans kładę się na materacach, którymi wzgardziłem trzy dni temu. Nie ma co się już śpieszyć. Teraz trzeba odpoczywać, żeby w ogóle dojechać.

Za Dębem Polskim tylko krótki skok do Torunia.

Toruń 637/1635 km, śro 22:40 (od startu 34:45/89:30)

Na punkcie jak w szpitalu. Od Marcina dostaję trochę maści na obtarcia, bo moja się skończyła. Później wpadnę na to, że był to straszny błąd. Jak mogłem być takim pacanem, żeby otwartą ranę smarować maścią?! Takie coś trzeba osuszać, a nie nawilżać. Niestety wymyślę to dopiero po kolejnych kilkudziesięciu bolesnych kilometrach.

Siedzi tu też kolega, który skarży się na kolano. Daję mu mój ściągacz. Ja, przy stanie mojego siedzenia, nie mam już szans przeciążyć żadnego stawu.

Noc robi się bardzo zimna. Tym razem objeżdżamy Toruń i Bydgoszcz od północy po DK 80. Droga prowadzi lekko w górę i w dół. Na każdym takim zjeździe chłód przenika nawet przez kurtkę i mocno telepie. Mgła, kompletna cisza i pusta droga sprawiają, że jest wręcz magicznie. Co jakiś czas wyłączam światła i jadę w zupełnej ciemności. Jasne linie na drodze w zupełności wystarczają.

Magia kończy się na Moście Fordońskim, za którym wjeżdżam do rozświetlonej Bydgoszczy.

Kruszyniec 702/1710 km, czw 3:30 (od startu 41:35/70:20)

Na punkcie mocno już zmęczony sędzia (też chyba nie spał) i kilka osób przy stołach. Czekają, aż zwolnią się miejsca do spania. Ja nadal nie czuję potrzeby. Wyciągam z przepaku ciepłe rękawice, bo ręce już mocno marzną. Wymieniam też baterie w lampkach. Jeszcze przydadzą się, bo czuję, że do Świnoujścia przed kolejną nocą nie dojadę.

Od Kruszyńca znowu trasa alternatywna. Żeby nie pchać się ruchliwą w tygodniu DK 10, skręcamy na Złotów. Samochodów nie ma wcale, ale nawierzchnia koszmarna. Po kilkunastu takich kilometrach tył zaczyna mi dziwnie pływać. Sprawdzam koło. Odkręciło się kilka nypli! Dociągam je, ale w drodze nie ma szans na porządne centrowanie koła, więc luzuję hamulec, żeby nie obcierał.

To najdłuższy etap powrotu. Do Drawska mamy 170 km, dlatego znowu dzielę trasę na kawałki. Kiedy zatrzymuję się na stacji w Złotowie, słońce już porządnie grzeje. Zapowiada się upalny dzień. Ściągam ciepłe rękawice i … nie mogę znaleźć letnich. Wywalam wszystko z podsiodłówki. Nie ma! Dłonie już są porządnie zmęczone, a teraz będą musiały jeszcze wytrzymać bez rękawiczek.

Wyprzedza mnie kilku chłopaków, którzy spali w Kruszyńcu. Są wypoczęci i jadą znacznie szybciej. Może też powinienem się wtedy zatrzymać? Tylko, moje siedzenie i tak już nie pozwoli na szybką jazdę.

Wiatr się obraca i zaczyna pomagać. Wreszcie! Dlaczego dopiero 200 km przed końcem? Ale za to od razu czuję prawe ścięgno Achillesa. Nic poważnego, ale zakładam ściągacz, żeby wiatr go nie owiewał. Piszę o tym do Wąskiego. Musiał mnie zdradzić, bo po kilkunastu minutach zaczynają przychodzić motywujące SMSy od znajomych z podrozerowerowe.info. Kot pisze: „Prochy przeciwbólowe zmieszane ze słodką kawą bez mleka działają mocniej.” No, tak zdesperowany, żeby pić kawę to ja jeszcze nie jestem. Są pewne granice. :-) Wąski jasno wyraża to, w co sam zaczynam wierzyć: „Teraz to musisz dojechać nawet jak Ci oberwie dupę.”.

Takie sygnały od znajomych naprawdę pomagają. Świadomość, że ktoś gdzieś ślęczy przy komputerze i patrzy na monitoring mocno motywuje. I nie psuje tego nawet to, że przed Drawskiem znowu utrwalam sobie podstawówkową wiedzę o wzgórzach moreny polodowcowej.

Drawsko Pomorskie 872/1880 km, czw 16:35 (od startu 52:40/83:25)

Punkt w domu jednego z zawodników. Doskonały! Pani domu donosi naleśniki i co chwila patrzy w tablet, czy ktoś nie przestrzelił.  Po chwili wskakuje na rower i jedzie ściągnąć jakiegoś zawodnika, który kręci się po okolicy i nie może trafić.

Jakiś kolega skarży się na bolące kolano. Daję mu mojej maści przeciwbólowej. Za kilka kilometrów wyprzedzi mnie z radosnym „zadziałało!”.

To już ostatni punkt. I mimo, że zostało jeszcze 130 km, to wydaje się, że już naprawdę blisko. Jadę więc dość sprawnie, tyle, na ile pozwala stan siedzenia. Wpadam  w taki dobry humor, że pozwalam sobie na pytanie do żony, czy ktoś jedzie blisko przede mną, albo za mną. Że niby zaraz będę finiszować.

Robię zakupy w małym sklepie. Sprzedawca czyta napisy na mojej koszulce. „Co to znaczy 1008 km non stop?” Przyjemnie jest oglądać reakcję na opowiadanie o BBT. Na koniec wisienka na torcie: „No, a teraz jadę drugie tyle. Wracamy do Świnoujścia. Razem 2016 km.” Oczy pana robią się wielkie jak słoiki na półce za nim. Tak, sława mołojecka, to jest to!

Koło Wysokiej Kamieńskiej nadchodzi zmierzch, a ze mnie zupełnie schodzi powietrze. Dojeżdżam do Jędrzeja, który mówi, że bardzo boli go kolano. Tłumaczę mu, że mam taką maść przeciwbólową i, że może mu pomoże. Nie zauważam, że to przecież jemu dawałem tą samą maść, z tą samą przemową, w Drawsku. Też już jest mocno zmęczony, bo w ogóle nie reaguje. Smaruje kolano i zaczynamy wlec się do Świnoujścia.

Mimo, że trochę mi przechodzi i mógłbym przyspieszyć, to zostaję z Jędrzejem. Jego kolano momentami zupełnie odmawia posłuszeństwa. Ciągniemy więc, dwa zombie, non stop gadając, żeby nie zasnąć. Momentami wpadamy w taką głupawkę, że gdybyśmy mijali jakiś patrol, to aresztowaliby nas za jazdę pod wpływem, bez sprawdzania alkomatem.

A czasu na gadanie mamy bardzo dużo. Kilometry wloką się niemiłosiernie. Uważamy na siebie, jeśli jeden zostanie z tyłu, to drugi zwalnia, żeby przypilnować kolegi. Po którymś takim rozłączeniu się, Jędrzej mówi: „Wiesz, gonię Cię przed chwilą, gnam ile się da, patrzę na licznik, a tam … 20”.

Powoli dociera do nas, że naprawdę zrobiliśmy to! Ponad 2 tys. km!

Wreszcie jest. Tablica Świnoujście.


foto: Yoshko

Świnoujście 1008/2016 km, pią 0:17 (od startu 60:22/115:07)

Na mecie wita nas Yoshko. I Magia z ciepłym słowem. I Ela z ciepłą zupą. Uff, wreszcie ulga. Mamy sporo czasu, bo następny prom płynie dopiero za 40 minut. Melduję się SMSem w domu i u znajomych.

Po drugiej stronie Świny aż słabo mi się robi na myśl, że jeszcze na dwa kilometry muszę siąść na siodełko, żeby dojechać do hotelu.

Pani na Recepcji widząc mój stan, nie przedłuża, daje mi klucz i mówi, że zapłacę rano. W pokoju strasznie śmierdzi papierosami (a przecież w hotelu jest zakaz). Powinienem wrócić do recepcji i reklamować. Ale to będzie jakieś kilkanaście metrów i piętro w dół, a potem piętro do góry i znowu kilkanaście metrów. Za daleko…

Wpadam na genialny pomysł napisania czegoś na FB. Przecież jeśli maratonu nie ma na fejsie, to wcale go nie było. Dołączam mapkę, zaczynam pisać i … budzę się z telefonem na kolanach. Dobra, spręż się, to tylko chwila i będzie gotowe. Kolejne zdanie i … znowu budzę się. Jeszcze dwie takie pauzy i post jest gotowy. Dopiero rano zobaczę, że nie starczyło mi siły, żeby kliknąć „wyślij”.

Wysyłam  SMSa do rodziny i znajomych: „Jakoś to poszło. Jakoś poszło. 60:22 Satysfakcja jest, ale rozsądne, to to nie było”. Kilka osób odpowiada, że zgadza się z tym brakiem rozsądku. Rzeczywiście, jak na mnie, za mało było czasu na odpoczynek i odespanie. Może właśnie znalazłem swoją granicę? Może powinienem pozostać przy krótszych dystansach? Tak maksymalnie do jednego tysiąca :-)

Czy żałuję, że wracałem? Nie! Mimo, że w tę stronę było więcej bólu, niż przyjemności, to jednak ani razu nie miałem ochoty rzucić rowerem do rowu. No po prostu, lubię go i już.

Przez zdarte siedzenie nie mogłem jechać zbyt szybko, więc na koniec nic innego mnie nie bolało. Tradycyjne mrowienie i drętwienie dłoni przejdzie za kilka tygodni.

 

Po maratonie ktoś napisał, że jestem bohaterem. Otóż nie.

Bohaterami są nasi przyjaciele, którzy od wielu lat co noc wstają, żeby zmierzyć swoim dzieciom cukier. Bohaterem jest mama, którą widzimy na naszym osiedlu, jak pcha wózek ze swoim niepełnosprawnym synem. To są prawdziwi twardziele. Ja jeżdżę dla własnej przyjemności i próżnej pychy. Wiem, że zawsze mogę przerwać i wsiąść w pociąg. I, że na mecie czeka odpoczynek. Oni nie widzą przed sobą mety…

 

 

 

 

Kontakt

marek@memorek.pl

 3194816

memorek

 

Ta strona działa od 17 grudnia 2011.

Tutaj też jeździmy

Mateusz i Marcin trenowali i pierwsze szlify zdobyli  w UKS Energetyk Junior Gryfino

 

W towarzystwie STRADA m.in. organizujemy coroczny wyścig dla dzieci i młodzieży

Twarzoksiążka