Z tatą na Igrzyska. Londyn 2012

Rowerowa wyprawa taty i syna na Igrzyska Olimpijskie.

W pięć lat objechaliśmy rowerami Polskę dookoła. Wtedy pojawiło się naturalne pytanie: „co dalej?”. Wybór celu ułatwił kalendarz – rok 2012 to Igrzyska Olimpijskie. Nie było wątpliwości, jedziemy do Londynu kibicować naszym sportowcom!

To pierwsza nasza podróż, w trakcie której musieliśmy trzymać się limitu czasu. Zawody odbywają się konkretnego dnia, a sportowcy nie będą czekać na nas. Trochę obawialiśmy się jak to będzie. Czy dystanse dzienne, które sobie założyliśmy nie są za długie? Czy damy radę?

Prognozy niestety sprawdziły się i padać zaczęło już kilka minut po starcie. Ale ten pierwszy deszcz nie był taki straszny i nawet nie wyciągaliśmy kurtek. Za to już na 10 kilometrze musieliśmy zatrzymać się na przystanku.

Przez pierwsze trzy dni właśnie przystanki autobusowe były naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Na szczęście deszcze szybko przeszły, a w ich miejsce pojawiły się upały i … sprzeczki z Mateuszem, który nie widział powodu do regularnego picia.
 

Drugą poważną przeszkodą był wiatr. W Europie, wiatry najczęściej wieją z zachodu. Na 14 dni jazdy, tylko dwa dni nie jechaliśmy pod wiatr.
 

Zadziwiała nas gościnność, szczególnie naszych zachodnich sąsiadów. W Heemsen spytaliśmy pana siedzącego na ławce przez jednostką straży pożarnej, czy moglibyśmy się rozbić na strażackim trawniku. Nasz rozmówca, który okazał się być komendantem, nie tylko pozwolił nam zanocować, ale zostawił klucz do jednostki, dzięki czemu mieliśmy dostęp do kuchni i łazienki. Na koniec podkreślił, że nam ufa i prosi tylko, żeby rano zostawić klucz na parapecie jego domu, który stoi nieopodal.
 

W drodze nie zawsze jest lekko i przyjemnie. Trudniejsze momenty to nie tylko wysiłek fizyczny, ale i nieporozumienia. Nie ominęły także nas. Pewnego poranka, w Kalkaar wybuchła kłótnia. Po tygodniu przebywania non stop ze sobą musiał przyjść moment, kiedy będziemy mieli siebie dość. Poszło godzinę pobudki. Tata uważał, że lepiej wstać jeszcze przed słońcem, żeby mieć cały dzień na jazdę. Syn miał zdanie … nieco odmienne. Udało nam się pojechać dalej między innymi dzięki temu, że nie jeździmy na tandemie. Wtedy nie moglibyśmy przez pierwszą część dnia (do czasu pełnej zgody) jechać kilkadziesiąt metrów od siebie.
 

W Holandii, zachwyciła nas infrastruktura rowerowa. Podejście do rowerzystów i stawianie ich zawsze w ruchu drogowym na pierwszym miejscu robi wrażenie. Skrzyżowania nie pozostawiają wątpliwości jak je przejechać, na rondach ustępują nam samochody wjeżdżające i zjeżdżające. To nie znaczy, że w Niemczech było źle, tam też bywało, że jechaliśmy 100 km nie zjeżdżając z drogi dla rowerów. Jednak różnicę w podejściu do jednośladów widać dokładnie na granicy. W Niemczech droga dla rowerów jest dużo węższa od jezdni. Po stronie holenderskiej jest dokładnie odwrotnie.
 

Drogę przez Francję pamiętamy jak przez mgłę. A właściwie, jak przez strugi potu zalewającego czoła. W ostatniej chwili Mateusz postanowił zmienić plany i popłynąć promem dzień przed planem. Oznaczało to ostrą gonitwę do Calais. Udało się, ale kosztowało nas sporo wysiłku. W dodatku po drugiej stronie Kanału La Manche czekał nas podjazd pod wysoki klif Dover.
 

Wreszcie po 14 dniach jazdy wjechaliśmy do stolicy Wielkiej Brytanii. Jazda rowerem po Londynie do temat na osobne opowiadanie. Wąskie ulice, spory ruch, piętrowe autobusy przyciskające do krawężników. I konieczność nawigowania w obcym mieście, pamiętając o jeździe po lewej stronie. Za to rozrywki dostarczali nam lokalni rowerzyści, którzy sygnalizację uliczną traktują czysto informacyjne. Zielone światło – jedź, czerwone światło – rozejrzyj się i … jedź.
 

Na koniec nagroda za wysiłek włożony w podróż. Podziwianie najlepszych kolarzy na trasie indywidualnej jazdy na czas. Nie udało nam się kupić biletów, więc musieliśmy zadowolić się miejsce przy barierkach ustawionych wzdłuż trasy wyścigu. Ale trafiliśmy bez pudła. Staliśmy między dwiema ekipami telewizyjnymi. Kiedy usłyszeli, że „ten mały” przyjechał na Igrzyska z Polski rowerem, zaczęli prześcigać się w gratulacjach i uprzejmościach. Dziennikarz brytyjskiej Sky koniecznie chciał z nami zrobić wywiad. Operator nowozelandzkiej OneNews założył się z Mateuszem, kto zrobi lepsze zdjęcie przejeżdżającym zawodnikom. Potem sam zawyrokował, że przegrał i wręczył Mateuszowi czekoladową nagrodę i pozwolił nagrywać wyścig swoją profesjonalną kamerą. Wspólna zabawa w międzynarodowym gronie była świetnym zakończeniem podróży.
 

Lot do Szczecina trwał 2 godziny. Tyle zajęło nam pokonanie dystansu, z którym na rowerach zmagaliśmy się 2 tygodnie. Pewnie, że samolotem jest łatwiej i szybciej. Ale brakowałoby nam nie tylko satysfakcji z dojechania na Igrzyska o własnych siłach. Ominęłyby nas także spotkania z tymi wszystkimi wspaniałymi ludźmi, których z samolotu nawet … nie widać.
 

Uczestnicy:
Mateusz, czyli syn, rocznik 1999. Właśnie skończył Szkołę Podstawową nr 7 w Szczecinie. Zaczął podróżować, bo … tata namawiał. Jeszcze niedawno uprawiał kolarstwo. Teraz wprawdzie zmienił dyscyplinę, ale podróże rowerowe pozostały jego pasją.
Marek, czyli tata, rocznik 1973. Informatyk. Podróżuje, bo nie potrafi usiedzieć w miejscu. Nie znosi zorganizowanych wycieczek i chodzenia za przewodnikiem.

Dystans i czas: Ze Szczecina do Londynu jechaliśmy 14 dni. 1350 km. W Londynie dokręciliśmy kolejne 50 km.

Teraz podziękowania.

Firma ATAk Sport uszyła dla nas stroje wyprawowe.

Salon Rowerowy pana Wojciecha Kadrzyńskiego przygotował nasze rowery.

A dziadek Andrzej zafundował nam bilety powrotne na samolot.

 

 

 

Kontakt

marek@memorek.pl

 3194816

memorek

 

Ta strona działa od 17 grudnia 2011.

Tutaj też jeździmy

Mateusz i Marcin trenowali i pierwsze szlify zdobyli  w UKS Energetyk Junior Gryfino

 

W towarzystwie STRADA m.in. organizujemy coroczny wyścig dla dzieci i młodzieży

Twarzoksiążka