(miała być) Ściana wschodnia - 2010

Kontynuujemy naszą wyprawę dookoła Polski. Kiedy zaczynaliśmy Mateusz nie miał jeszcze 8 lat, więc całość podzieliliśmy na mniejsze części. W 2010 chcieliśmy przejechać wzdłuż ściany wschodniej. Nie do końca się to udało.

Galeria z wyprawy (to jest galeria z naszej starej strony i otworzy się w nowym oknie)

 
Ruszamy z Kętrzyna w województwie warmińsko-mazurskim. Za sobą mamy 10 godzin w pociągu, z krótką przerwą na spanie w Olsztynie. Pierwszy punkt to Wilczy Szaniec, wojenna kwatera Hitlera. Mimo, że zniszczony przez Niemców przed wycofaniem, a dziś mocno zarośnięty, to nadal robi potężne wrażenie. Rezygnujemy z przewodnika – Mateusz był tu z kolonią i z wielkim znawstwem oprowadza mnie po bunkrach.
 
Wczesnym popołudniem okazuje się, że podróż pociągiem i upał dają znać o sobie i dopada nas mały kryzys. Mateusz nie chce jednak słyszeć, żeby zrezygnować z kąpieli w jeziorze Gołdap na granicy polsko-rosyjskiej. Kiedy późnym wieczorem znajdujemy pole namiotowe tuż przy plaży nad jeziorem, chce popłynąć wpław do Rosji i sprawdzić, czy granica jest zaznaczona na dnie.
 
W Pluszkiejmach spotykamy dwoje piechurów. Okazuje się, że to pan Wojciech Różycki, który – tu robimy wielkie oczy – w 2007 obszedł Polskę dookoła. Na nogach. Chwilę rozmawiamy. Pan Wojciech poleca nam wizytę nie tylko przy słynnych mostach w Stańczykach, ale także wcześniej, w Kiepojciach. Zjeżdżamy więc z asfaltu i żwirową drogą jedziemy pod przepiękny stary wiadukt kolejowy. Kładziemy rowery i z mozołem wspinamy się na stromy nasyp. Całodzienne pedałowanie to fraszka w porównaniu ze stromym zboczem. Ale widok z góry wart jest tego wysiłku.
 
Przed Wiżajnami dojeżdżamy do trójstyku granic Polski, Litwy i Rosji. Mateusz biega wokół obelisku wyznaczającego (chyba) dokładnie miejsce styku granic, podróżując – bez wizy – po trzech krajach. Przyzwyczajony do otwartej granicy koło Szczecina, jest bardzo zdziwiony zasiekami na granicy z Rosją.
 
Krajobraz zaczyna przypominać Podhale. Czyżbyśmy się pogubiliśmy? Przecież Podlasie powinno być płaskie. Rzut oka na mapę wyjaśnia – to Góry Sudawskie. Zaliczamy kilka stromych podjazdów, po których młodsza, mniej rozważna część ekipy ustanawia kolejne życiowe rekordy prędkości na zjazdach.
 
Wysyłamy pocztówkę do mamy. Mateusz szeroko otwiera oczy ze zdziwienia, kiedy na poczcie w Puńsku słyszy litewski. „Tata, a my jeszcze w Polsce jesteśmy?” Tak, to ciągle Polska, ale w Puńsku większość mieszkańców to Litwini. Dlatego słyszymy litewski na poczcie, w sklepie i w kościele. O bliskości granicy przypominają dwujęzyczne szyldy sklepowe i tablice z nazwami miejscowości.
 
Sejneński klasztor podominikański jest bardzo intensywnie remontowany, ale i tak zachwyca ogromem i swoją architekturą. Mimo remontu zwiedzamy budynek klasztoru. Wchodzimy nawet w kilka miejsc, które nie wyglądają, żeby były udostępnione turystom.
 
W Gibach wjeżdżamy w okolice gdzie toczyła się akcja Pana Samochodzika i Templariuszy. Pani w informacji turystycznej zniechęca nas do szlaku przez Wilkokuk, więc omijamy tę miejscowość i kilka innych związanych z książką Zbigniewa Nienackiego. Ale i tak Mateusz jest zachwycony, że to tu pan Tomasz szukał legendarnego skarbu.
 
Łagodna, popołudniowa pogoda sprawia, że otaczająca nas przyroda Puszczy Augustowskiej robi potężne wrażenie. Na obu z nas. A w pewnym tym wieku – jak wiadomo – człowiek nie zachwyca się byle czym.
 
W Puszczy spotykamy bardzo wiele miejsc upamiętniających ofiary II wojny światowej i późniejszych prześladowań żołnierzy AK. To sprawia, że temat wojny i trudnych relacji polsko-rosyjskich będzie się przewijał do końca dnia. Późnym wieczorem Mateusz podsumuje: „skoro udało nam się pogodzić z Niemcami, to z Rosjanami też na pewno się uda, prawda?”.
 
Kiedy rozbijam namiot w Mikaszówce, Mateusz kąpie się. Po powrocie spod prysznica, już piżamie, dostrzega miejsce na ognisko. Stanowczo żąda pieczonych kiełbasek na kolację. A ponieważ mi nie chce się iść sklepu, więc sam, w piżamie, wskakuje na rower, jedzie do sklepu, potem rozpala ognisko i robi kolację.
 
Rano pierwsza godzina to czysta radość jazdy na rowerze. Przepiękna Puszcza Augustowska, zupełny brak samochodów, wioski ciche, jakby opuszczone. Jedziemy w ciszy, upajając się otoczeniem.
 
Zachwyca nas potężne sanktuarium maryjne Różanystok. Zwykle wokół takiego ośrodka powstaje przynajmniej małe miasteczko. Tu wokół wielkiego kompleksu klasztornego przycupnęła mała wioska.
 
Po południu wjeżdżamy na tatarski szlak. W Bohonikach zwiedzamy meczet, ujęci gościnnością pani Eugenii, która z wielkim zapałem opowiada historię polskich Tatarów. Postanawiamy zostać na noc w Bohonikach. Na kolację w Domu Pielgrzyma Gminy Muzułmańskiej zajadamy się przysmakami kuchni tatarskiej.
 
Zostawiamy na kwaterze przyczepkę i słynne wiatraki w Malawiczach jedziemy zobaczyć na lekko. „Tata, jakie lekko? Tylko tobie jest lżej, mi nic nie odjąłeś.” Spodziewaliśmy się czegoś więcej, a znaleźliśmy zupełną ruinę tylko jednego wiatraka. W dodatku okupowaną przez młodzież w towarzystwie samochodu ryczącego ciężką muzyką. W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze dwa mizary – cmentarze muzułmańskie. Jeden czynny, drugi zabytkowy, którego – gdyby nie tablica – w ogóle byśmy nie zauważyli.
 
Razem z nami mieszka małżeństwo podróżujące wzdłuż granicy, ale w przeciwnym kierunku. Jest także dwoje dziennikarzy z miesięcznika Podróże. Do późnej nocy wymieniamy się doświadczeniami i słuchamy tatarskich opowieści gospodyni. Młodzież za nic w świecie nie chce iść spać „bo tak fajnie się rozmawia”, a on „przecież też podróżuje, więc może siedzieć z dorosłymi”.
 
W Kruszynianach odwiedzamy drugi zabytkowy meczet – Mateusz całym sobą chłonie opowieść o islamie i zwyczajach Tatarów, które zachowują do dziś. Szczególnie interesuje go współistnienie religii i kultur. Otóż katolicy, prawosławni i muzułmanie zapraszają się wzajemnie na swoje święta, a ponieważ kiedy tylko jedni skończą świętować, to zaraz zaczynają następni, mało czasu zostaje na pracę między świętami.
 
Drogę do Gródka będziemy długo pamiętać. To najtrudniejszy odcinek tej wyprawy. Ponad 20 km szutru, w upale dochodzącym do 30 st. W połowie zaczęła nam się kończyć woda, nie było żadnego sklepu. Asfalt powitaliśmy jak zbawienie, a w sklepie w Gródku spędziliśmy niemal godzinę uzupełniając płyny.
 
Dzień wcześniej polecano nam cerkiew św. Mikołaja w Michałowie. Ksiądz Jan, proboszcz, chętnie otwiera ją dla nas i długo opowiada. A świątynia zachwyca. Polichromie w cerkwi zostały wykonane przez Adama Stalony-Dobrzańskiego i Jerzego Nowosielskiego. To najpiękniejsza cerkiew jaką spotkaliśmy po drodze. Mateusz jak zwykle zarzuca księdza tysiącem bardzo szczegółowych pytań dotyczących kościoła prawosławnego, wystroju wnętrza i liturgii wschodniej, na które gospodarz cierpliwie opowiada. W rezultacie robi się dość późno. Na pytanie gdzie tu w pobliżu jest pole namiotowe, ksiądz odpowiada: „A po co wam kemping? Możecie rozbić się na moim trawniku.” Z chęcią przyjmujemy gościnę. Kiedy już mamy rozstawiony namiot, ksiądz przynosi nam po sporej porcji lodów i do wieczora rozmawiamy. Spać idziemy dopiero po zmroku, kiedy reflektory oświetlają cerkiew.
 
Rano, na odjezdne, od księdza dostajemy duży worek jabłek, a od jego żony tyle samo pomidorów. Już po kilku kilometrach oglądamy cerkiew w Nowej Woli. I tak będzie przez cały dzień. Co wioska to piękna cerkiew. W Narewce wokół cerkwi ustawiono stare nagrobki. Mateusz jest strasznie zdziwiony, że potrafię przeczytać inskrypcje wyryte cyrylicą.
 
W międzyczasie syn przekonuje się jak trudno zwrócić uwagę taty:
- Tata, coś mi w kole szumi.
- Jedź, jedź.
- Tata, naprawdę coś dziwnego się dzieje z moją oponą.
- Chłopie, nie szukaj problemów, tylko pedałuj.
Po jakimś czasie rzucam okiem na jego tyle koło:
- Hej, czemu nic nie mówiłeś, że złapałeś gumę?!
 
W jednej z mijanych wiosek słyszymy jak starszy pan, kupując w sklepie, rozmawia ze sprzedawczynią po polsku, ale liczy po rosyjsku. Przed sklepem chwilę rozmawiamy i pytamy, czy to w szkole nauczył się liczyć po rosyjsku. Na to staruszek prostuje się i mówi: „To nie ruski, to tutejszy.”
 
Pan pilnujący Zboru Świętej Trójcy w Hajnówce na początku lodowato oświadcza, że nie ma mowy o robieniu zdjęć bez wykupienia drogiej akredytacji. Potem jednak, widząc małego kolarza, sam proponuje, że zrobi nam zdjęcia i pozwala pstrykać. Ofiarowujemy panu przewodnik po Szczecinie. W zamian dostajemy pocztówkę z cerkwi.
 
Kolejny dzień zaczynamy na Świętej Górze Grabarce. Las krzyży o poranku wygląda naprawdę mistycznie. Mateusz wśród wielu innych wyszukuje krzyże najstarsze i te przywiezione przez pielgrzymki ze Szczecina.
 
W Mielniku przepływamy Bug. Ręcznie napędzany prom obsługuje i wprawia w ruch drobna dziewczyna. Nawet chcemy pomóc, ale okazuje się, że tu nie liczy się siła. Dzięki dwóm bloczkom, przez które przewleczona jest lina łącząca oba brzegi, pani ustawia prom skosem do nurtu, który załatwia resztę.
 
Na brzegu trochę speszeni, że dziewczyna wiozła dwóch facetów szybko odjeżdżamy. A to błąd. Nie zapytaliśmy jak dojechać do Zabuża. Na mapie wydaje się, że to niedaleko i próbujemy jechać na przełaj. Ponad godzinę błądzimy po łąkach i krzakach, szukając właściwej ścieżki. Kiedy po raz kolejny widzimy zabudowania za wielkim polem, postanawiamy dostać się tam nie drogą, ale miedzą. Oczywiście nie ma mowy o jeździe, czeka nas pół godziny pchania rowerów.
 
Kiedy docieramy na tyły obejścia, gospodarz jest bardzo zdziwiony widokiem mokrych ze zmęczenia i oblepionych rzepami rowerzystów. Grzecznie pytamy, czy możemy przez jego podwórko przejść do drogi i po chwili odpoczywamy pod drzewem na jej skraju. Starszy pan podchodzi do nas i pyta dokąd jedziemy. My opowiadamy o wyprawie, on o życiu w małej wiosce na końcu drogi. Kiedy zaczynamy się zbierać, pogodnie mówi: ”Ale po co macie jechać? Posiedźcie, pogadamy jeszcze trochę.”
 
Znowu mijamy kolejne cerkwie. W Kodniu urocza, nowa cerkiew, zbudowana w 2007 roku. Młodsza od niej jest chyba tylko nowa cerkiew w Szczecinie. W Sławatyczach piękny widok. Kościół katolicki i cerkiew prawosławna stoją po przeciwnych stronach ulicy, patrząc na siebie nawzajem.
 
Z głównej drogi zjeżdżamy do Jabłecznej by odwiedzić Monastyr św. Onufrego. Na naszej liście najpiękniejszych miejsc ściany wschodniej zajmuje drugą pozycję, zaraz po cerkwi w Michałowie. A może nawet ex aequo pierwsze. Położony na uboczy klasztor jest doskonałym miejscem na życie zakonne. Spędzamy w monastyrze długą godzinę, odpoczywając i chłonąć atmosferę miejsca.
 
Kolejną noc pada. Rano też. W dodatku zrobiło się bardzo zimno. Tak jak dzień wcześniej, dziś więcej czasu spędzamy na postojach pod dachami, niż na jeździe. Morale naszej grupy zbliża się do poziomu grożącego buntem załogi.
 
Na rogatkach Chełma Mateusz na mokrym przejeździe kolejowym wywraca się. Boli zdarte kolano i nadwyrężona kostka. Po chwili obraca się do mnie, żeby coś powiedzieć, zahacza pedałem o krawężnik i znowu leży.
 
W słynnych chełmskich podziemiach kredowych spodziewamy się tradycyjnych kłopotów z zostawieniem rowerów. Miło zaskakuje nas pani sprzedająca bilety, która sama proponuje, żeby wstawić je do środka (cały czas pada). Same podziemia nie są zbyt ciekawe, ale przewodnik rewelacyjny. Fantastycznie opowiada legendy o duchu Bieluchu.
 
Bardzo liczyliśmy, że jeśli damy pogodzie chwilę na zastanowienie, to się poprawi. Kiedy jednak wychodzimy z podziemi, nadal jest zimno i pada. Siadamy na smętnym rynku. Mateusz skarży się na nogi obite w wywrotce. Sprawdzamy prognozę. Padać ma jeszcze przez najbliższe trzy dni. Desperacko rzucam na szalę to wszystko co jeszcze możemy zobaczyć jeśli pojedziemy dalej. Wtedy Mateusz mówi, że tak naprawdę to stęsknił się już za mamą i bratem. To przeważa, kończymy. Z Roztoczem będziemy musieli policzyć się innym razem.

W sumie przejechaliśmy 720 km. Zajęło nam to 9 dni.

Kontakt

marek@memorek.pl

 3194816

memorek

 

Ta strona działa od 17 grudnia 2011.

Tutaj też jeździmy

Mateusz i Marcin trenowali i pierwsze szlify zdobyli  w UKS Energetyk Junior Gryfino

 

W towarzystwie STRADA m.in. organizujemy coroczny wyścig dla dzieci i młodzieży

Twarzoksiążka