Wzdłuż Odry - 2009

Po zeszłorocznej wyprawie Świnoujście-Hel w tym roku postanowiliśmy zmierzyć się z inną dużą wodą. Jedziemy wzdłuż Odry, od Szczecina do źródła. Pod górę, żeby nie było za łatwo. Mateusz jest rok starszy (to już poważne 10 lat) i ma nadzieję poradzić sobie z dłuższym dystansem.

Cel? Odpowiedź na pytanie: dlaczego Odra u nas w Szczecinie jest taka brudna, skoro ze źródła bije czysta, krystaliczna woda.
 
Galeria z wyprawy (to jest galeria z naszej starej strony i otworzy się w nowym oknie)
 

 
Dzień pierwszy
 
Nad ranem termometr pokazuje 20 st – zapowiada się przyjemny upał przez cały dzień. Strzyżemy krótko głowy (mama podejrzewa, że to po to, żeby ich nie myć po drodze) i ruszamy. Zjeżdżamy nad Odrę. Chcemy mieć pewność co do kierunku, sprawdzamy więc, w którą stronę rzeka płynie i ruszamy pod prąd.
Jeszcze nie wyjechaliśmy ze Szczecina, nie ma jeszcze 10 km, kiedy głośny syk z mojego tylnego koła oznajmia pierwszą awarię. Na szynie tramwajowej przetarł się bok opony, dętka wyszła na wierzch i dziura gotowa. Chwilę zastanawiamy się, czy nie zawrócić do sklepu rowerowego po nową oponę. A może w ogóle zrezygnować? Taka awaria na samym początku może zapowiadać problemy przez całą drogę. Chcemy jednak dać oponie jeszcze jedną szansę. Ciągle jesteśmy blisko domu - jeśli opona sobie nie poradzi, zadzwonimy po mamę, która przywiezie nam nową. Taśmą montażową wzmacniamy brzeg opony i jedziemy dalej. Szum taśmy trącej o hamulec będzie nam towarzyszył do końca wyprawy.
Na stacji benzynowej, gdzie uzupełniamy zapasy picia, podjeżdża do nas starszy pan na rowerze. Pyta dokąd jedziemy. Chwilę w myślach liczy, ile to będzie kilometrów do tego źródła i pyta: „To chyba z 20 km dziennie będziecie musieli robić?”. Mateusz jest oburzony.
Po ujście Nysy do Odry postanawiamy jechać po niemieckiej stronie rzeki. Raz dlatego, że polski brzeg już znamy, dwa – chcemy sprawdzić wreszcie legendarny szlak rowerowy Oder-Neisse. Szeroka asfaltowa droga dla rowerów poprowadzona po wale przeciwpowodziowym to raj dla rowerzysty. Na dokładkę przepiękna przyroda Międzynarodowego Parku Dolina Dolnej Odry.
Po południu na rozpalonym dotąd niebie pojawiają się pierwsze chmury. Potem upał gwałtownie ustępuje ulewie. Droga prowadzi akurat przez pole, nie ma nawet drzewka, żeby się schronić. Wdrażamy szybko procedurę, zwaną przez Mateusza „Akcja Folia”. Stawiamy oba rowery blisko siebie, narzucamy na nie plandekę z hipermarketu budowlanego i siedzimy pod nią, aż przestanie padać.
Późnym popołudniem zaczynamy rozglądać się za noclegiem. W małym miasteczku Stolpe rozbijamy się na … placu zabaw, zaledwie kilka metrów od rzeki. Wieczorem kolejna ulewa, korzystamy z okazji i myjemy się po cały dniu.
Kiedy Mateusz już śpi, siadam na ławce, żeby obejrzeć mapę na następny dzień. Rozpogodziło się i wokół panuje absolutna cisza. Nawet ptaki zamilkły. Łabędź niespiesznie płynący rzeką nie powoduje najmniejszej fali. Dla takich magicznych chwil i miejsc warto jechać cały dzień.
 
Dzień drugi
 
Rano postanawiamy obejrzeć starą wieżę warowną górującą nad Stolpe. Chwilę kręcimy się szukając jakby tu wjechać na wzgórze, na którym stoi wieża. Nic z tego – nie ma wjazdu, zostawiamy rowery i wspinamy się po stromych schodach. Na górze … parking dla rowerów. Czyli jednak jakoś daje się tu wjechać. Poranna, zamglona panorama wzgórz wokół Stolpe zapiera dech w piersiach.
Kiedy zjeżdżamy nad Odrę mija nas barka płynąca na południe. Mateusz uznaje to za wyzwanie i zaczyna ścigać się z nią. Barka to jednak słaby przeciwnik - na „mecie”, przy śluzach w Hohensaaten, nawet nie widać jej za zakolem rzeki.
W następnej miejscowości, Hohenwutzen, wjeżdżamy na chwilę do Polski, do Osinowa Dolnego na zakupy. Mimo, że na przygranicznym targowisku ceny „dla Niemca” to jednak taniej, niż po drugiej stronie rzeki, gdzie, dodatkowo, znalezienie sklepu spożywczego otwartego w niedzielę rano graniczy z cudem. Handlarze witają nas po niemiecku i, bardzo zdziwieni, mówią, że pierwszy raz widzą turystów rowerowych Polaków.
Pierwotny plan odwiedzenia Siekierek i powrotu na niemiecką stronę promem w Gozdowicach zostaje zburzony przez wysoki poziom Odry. Prom nie pływa, a mieliśmy wielką ochotę przepłynąć się. Wracamy na niemiecka stronę (niech żyje układ z Schengen).
W Gross Neuendorf kiedy oglądamy nieczynny port rzeczny z odnowionym dźwigiem i kolekcją wagonów towarowych, podchodzi do nas chłopiec i prosi o pomoc w naprawie dętki. Wybrał się z rodziną na wycieczkę rowerową. Mają profesjonalnie wyglądający komplet narzędzi, pompkę, łatki, ale … tubka z klejem jest pusta. Włączamy się do naprawy. Słabo mówię po niemiecku, ale lód, który Mateusz dostał za pomoc na pewno nie był kleine.
Przy porcie skatepark. Mateusz oczywiście nie odpuści. Kręcę dokumentacje filmową, którą przerywam tuż przed efektownym lotem nad kierownicą. Szkoda, byłby fajny film. Nadgarstek boli, udo obite kierownicą (będzie piękny siniak), ale żadnych większych szkód – jedziemy dalej.
Od jakiegoś czasu wał przeciwpowodziowy wije się wielkimi zakolami. Mamy wrażenie, że do każdego kilometra dokładamy drugi na objeżdżanie rozlewisk. Ale przecież nigdzie nam się nie spieszy, toczymy się spokojnie przed siebie.
W Kostrzynie szlak wiedze pod estakadą mostu do Polski. Cofamy się w głąb lądu, żeby na nią wjechać. Ale to nie takie proste. Chwilę kluczymy, wreszcie wspinamy się na wysoki nasyp i ostro ruszamy, bo ruch bardzo duży i chcemy szybko przejechać przez rzekę. Przy zjeździe z mostu znak „Koniec drogi szybkiego ruchu”. Przypominają nam się opowieści o wysokości niemieckich mandatów, więc jeszcze mocniej naciskamy na pedały. Za rzeką stajemy na chwilę zmęczeni. Oglądamy się za siebie i powyżej nowego widzimy mały stary most przerobiony na … drogę dla rowerów. Zamiast kombinować po swojemu należało jechać za znakami szlaku.
Mamy problem z aparatem fotograficznym. Na wyświetlaczu nic nie widać. Może to tylko problem wysokiej temperatury? Słońce grzeje bardzo mocno, a on jedzie w czarnej torbie na kierownicy.
Kompromis, jaki wypracowaliśmy w długich rozmowach z mamą, zakłada porządny nocleg z prysznicem przynajmniej raz na dwa dni. Zaczynamy pytać o jakiś camping. Wszyscy kręcą głowami i zgodnie wskazują na Słubice. Ale do Słubic jest jeszcze ok 30 km, a my już jesteśmy trochę zmęczeni. Na stacji benzynowej w Górzycy kupujemy sobie po czekoladowym batoniku, które znacznie nas wzmacniają. Na stałe wpisujemy więc batoniki do programu dnia w pozycji „wczesne popołudnie, kiedy siły się kończą”.
Po dwóch dniach jazdy drogami dla rowerów, droga krajowa 31 z Kostrzyna do Słubic to dla nas szok. Szczególnie nieprzyjemne są motocykle, które pojawiają się „znikąd” i mijają nas z wielkim hukiem.
Pod wieczór trafiamy na Ranczo Drzecin koło Słubic. Warunki skromne, ale w środku lasu, a rano za budzik służy rżenie koni. Tego dnia Mateusz ustanawia nową życiówkę: 113 km.
Aparat wystygł i działa.
 
Dzień trzeci
 
Rano za radą właścicieli Rancza ruszamy przez las, najkrótszą drogą do asfaltu. Droga rzeczywiście krótka, ale piach jak na plaży. Przypomina nam to zeszłoroczne pchanie rowerów nad morzem z Łazów do Dąbek.
Wiadukt na drodze ze Słubic do Świecka w remoncie, musimy pojechać kawałek trasą 29 na Zieloną Górę. Tu też remont, ruch tylko jedną stroną dwupasmówki. Nie ma szans na wyprzedzanie. Staramy się jechać jak najszybciej, ale i tak po chwili mamy na plecach sznur ciężarówek z Frankfurtu nad Odrą. Nie trudno sobie wyobrazić co oni o nas sobie myślą, jednak na koniec, kiedy zjeżdżamy wreszcie w las, miła niespodzianka - kierowca pierwszej ciężarówki macha nam przyjaźnie ręką.
W Uradzie wjeżdżamy na drogę na wale przeciwpowodziowym. Poza biało-czerwonymi słupami granicznymi o tym, że jesteśmy po naszej stronie przypomina także nawierzchnia z betonowych płyt. Jakże inna od gładkiego niemieckiego asfaltu.
Z wału widać coraz szerzej płynącą Odrę, która pochłania nadrzeczne łąki. A kiedy przejeżdżamy nad dopływami Odry, strumyki, które zwykle wiją się cienką kreską są teraz szerokimi rzekami. Ich poziom jest niewiele niższy od poziomu mostów, którymi jedziemy. Powódź tego roku nie jest specjalnie gwałtowna, ale wystarczająco wysoka, by uprzykrzyć życie okolicznym mieszkańcom. Wszystkie przeprawy promowe, które mijamy tego dnia są zamknięte z powodu wysokiego stanu rzeki.
Koło Kłopotu oglądamy zniszczony most. Jednego przęsła brakuje, kolejne jest poważnie uszkodzone. Potężna betonowa konstrukcja budzi obawę, ale przecież nie powstrzyma nas to przed sprawdzeniem jak wygląda rzeka z końca zawalonego mostu.
Kłopot to także Muzeum Bociana Białego i spora populacja tych ptaków. Na ulicach wioski na każdym słupie i latarni jest gniazdo, a pod każdym gniazdem znak, który jednoznacznie ostrzega co ptaki mogą nam zrobić na głowę.
Nasza mapa pokazuje dwa pola namiotowe nad jeziorem Moczydło koło Osiecznicy. Na miejscu okazuje się, że kamping tu był … 20 lat temu. Uznajemy jednak, że skoro na mapie mamy tu kamping to możemy się rozbić choćby w lesie.
Dwa poprzednie wieczory Mateusz pisał swoją wersję relacji z wyprawy. Dziś jednak siada nad kartką, chwilę wpatruje się w taflę jeziora i z filozoficznym wyrazem twarzy stwierdza, że nie odpowiada mu forma codziennych zapisków. Po powrocie do domu napisze krótko o wrażeniach. A napisze na pewno, bo przecież w szkole we wrześniu zawsze zadają wypracowanie o wakacjach.
 
Dzień czwarty
 
Od rana znowu mijamy tablice „Przeprawa nieczynna”. Mateusz jest mocno zawiedziony, bo wygląda na to, że nie uda nam się popływać po Odrze. W Cigacicach port rzeczny i dojazd do mostu wzdłuż Odry są zalane, musimy nadłożyć spory kawałek.
W Zawadzie zatrzymujemy się u pani sprzedającej przy drodze truskawki. Kupujemy pół kilograma i zjadamy całość od razu. Pani niewinnie pyta skąd jedziemy. Mateusz niewinnie odpowiada, że ze Szczecina. Pani natychmiast bierze torebkę i dorzuca nam drugie pół kilo – „żeby się wam lepiej jechało”. Kiedy próbujemy jakoś zapakować owoce przed dalszą drogą, zatrzymuje się pan, który po krótkiej rozmowie z panią od truskawek („proszę pana, pan wie skąd ten mały jedzie?”) wręcza nam wielkie odblaski z logo Wojewódzkiej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. Mateusz obojgu daje gadżety Szczecina, w które wyposażył nas nasz magistrat.
Wczoraj spaliśmy bez prysznica, więc dziś zaczynamy rozglądać się za kempingiem. Od Zawady wszyscy mówią o jakimś polu namiotowym w Zaborze. Problem w tym, że informatorzy dzielą się na dwie grupy. Jedna twierdzi, że to czterogwiazdkowy kemping, pełen wygód i strasznie drogi. Druga, że zwykły kawałek łąki nad stawem i nie warto tam jechać.
W Przytoku dobijamy się do schroniska młodzieżowego. Długo dzwonimy. Wreszcie otwiera nam dyrektor schroniska. Niestety, były dyrektor. Miły, starszy pan, bardzo chętnie by nas przyjął, ale obecne władze są „na urlopie”. Nici z noclegu, ale pan długo opowiada nam o historii pięknego pałacu, w którego kompleksie mieści się schronisko. W dodatku jako pierwsza spotkana osoba zupełnie spokojnie podchodzi do informacji, że dziesięciolatek jedzie daleko na rowerze. Sam też kiedyś jeździł z córką i chętnie wymienia doświadczenia z Mateuszem.
Rację mieli ci co mówili, że camping w Zaborze to zwykła łąka nad jeziorem. Przyznajmy, bardzo urokliwa, ale tylko łąka. Jest wprawdzie toaleta, miejsce na ognisko, jednak wydaje się, że płacimy za to samo, co wczoraj mieliśmy w lesie za darmo. Mimo to zostajemy, bo Mateusz nie ma zamiaru jechać dalej.
Drugi z rzędu nocleg bez prysznica. Do mamy wysyłamy SMSa – jeśli zadzwonimy, to nie unikniemy niewygodnych pytań. Za to dziś wyjątkowo obfita kolacja: kiełbasa z ogniska, pomidory i truskawki z Zawady.
 
Dzień piaty
 
Rano budzą nas krople deszczu. Skwapliwie korzystamy z pretekstu i śpimy godzinę dłużej. Kiedy na chwilę przestaje padać, szybko zwijamy namiot i w kiepskich humorach (na niebie dalej pełno chmur) ruszamy.
Pierwsze 20 km – nudne i szare jak wielka chmura deszczowa. Nastrojów nie poprawia nawet piękny kościół w Niedoradzu. Dopiero w Nowej Soli słońce i gorąca czekolada na stacji benzynowej podnosi morale młodszej części naszej ekipy.
W Bytomiu Odrzańskim zatrzymujemy się na pięknie odnowionym starym rynku. Na środku stoi pomnik kota w butach, który wieczorami pomaga dotrzeć do domu klientom okolicznych knajp. Nas jakoś nie chce popchnąć.
Z Bytomia wyjeżdżamy w słońcu, ale na horyzoncie czają się dwie wielkie chmury. Po jakimś czasie jedna przechodzi na naszą prawą, druga na lewą stronę. Aż do Głogowa jedziemy nieustannie kręcąc głowami i obstawiając, która z nich nas dopadnie.
Dopadła ta ze wschodu. Szczęśliwie dopiero w Głogowie kiedy w oddziale PTTK szukamy informacji o polach namiotowych i przedłużamy rozmowę o ziemi głogowskiej, żeby przeczekać ulewę.
Kiedy wychodzi słońce, jeszcze mokrymi ulicami jedziemy do zamku głogowskiego. Mateusz zachwycony historią obrony Głogowa w 1109, tata szybko przypomina sobie wiadomości historyczne z podstawówki.
Dużo czasu straciliśmy w trakcie ulewy. Sporo zajęło także zwiedzanie zamku. Postanawiamy więc zostać na noc w Głogowie. Mateusz dzwoni do mamy i tryumfalnie informuje, że dziś będzie kąpiel pod prysznicem. W hotelu pierzemy wszystkie ciuchy (nasz pokój wygląda jak suszarnia) i idziemy na spacer po starym mieście.
Głogów bardzo nam się podoba. Podobnie jak w Szczecinie, stare miasto jest odbudowywane na fundamentach starych kamienic, więc zachowany zostanie układ miasta sprzed lat.
 
Dzień szósty
 
Odjeżdżamy na chwilę od Odry - chcemy obejrzeć największy w Europie osadnik poflotacyjny w Rudnej. Osadnik to zbiornik otoczony wałem wysokości ponad 20 m. Ma obwód prawie 15 km i służy do składowania odpadów z kopalni miedzi. Przerażająca góra śmieci.
Niedaleko osadnika przejeżdżamy obok biurowca KGHM. Mateusz chce dowiedzieć się czegoś więcej o osadniku, wchodzimy i naiwnie pytamy, czy nie mają jakichś informacji dla turystów. Pan ochroniarz uprzejmie mówi, że nie, ale chwilę z nami rozmawia. Mateusza najbardziej interesuje informacja, że w odpadach są śladowe ilości złota. Trochę markotnieje kiedy dowiaduje się, że zbyt małe, by przy obecnej technologii odzyskać cenny kruszec.
Wjeżdżamy do Rudnej. Równe ulice, piękne chodniki, kryty basen. Widać, że to bogata gmina. Mateusz na widok doskonale utrzymanego boiska stwierdza, że mógłby tu mieszkać. Jednak kiedy kupujemy lody, dowiadujemy się od pani w cukierni, że życie tu wcale nie jest takie różowe. Osadnik nie jest tak zupełnie bezpieczny. Przy suchym wietrze, na domy leci pył z osadnika. Mimo wzmocnień woda z osadnika przesiąka do gruntu. Nie ma też pewności, czy - mimo nieustannego wzmacniania - któregoś dnia najzwyczajniej się nie rozpłynie. Każda rodzina ma w domu listę ewakuacyjną ze szczegółową instrukcją na wypadek katastrofy. Kiedy wyjeżdżamy, Mateusz ogląda się na leżącą w dolinie miejscowość i mówi, że jednak trochę bałby się tu mieszkać.
Przed Ścinawą bardzo wolno wyprzedza nas samochód dostawczy, a kierowca wyraźnie nam się przygląda. Kilka kilometrów dalej czeka na nas i wręczając nam bochenek świeżego chleba mówi, że ma piekarnie i chce nam coś dać na drogę. Chwilę rozmawiamy o naszej wyprawie. Mały bochenek chleba, nic wielkiego, ale zrobiło nam się bardzo miło. Kilka gadżetów Szczecina zostaje w Ścinawie.
Wieczorem lądujemy na mało zadbanym, ale urokliwie położonym polu namiotowym w Wilczynie Leśnym. Jak zwykle widok małego kolarza zmiękcza serca i płacimy znacznie mniej niż wynosi standardowa stawka.
 
Dzień siódmy
 
Dziś plan dnia składa się z jednego dużego punktu: Wrocław. A we Wrocławiu dwie atrakcje: Panorama Racławicka i wizyta u cioci Ewy, której Mateusz bardzo oczekuje.
Na początek Ostrów Tumski, Katedra Wrocławska, piękne wrocławskie mosty i … zgrzyt z parkowaniem pod Panoramą Racławicką. Pani w kasie lodowato informuje nas, że nie ma żadnych szans na wprowadzenie rowerów i mamy sobie je „gdzieś postawić”. Twardo obstajemy przy swoim i w końcu trafiamy do dyrektora, który szybko znajduje rozwiązanie. Prosi pana sprzedającego pamiątki przed Rotundą, żeby rzucił okiem na rowery.
Panorama robi na nas olbrzymie wrażenie. Mateusz jest zachwycony połączeniem malowidła ze sztucznym terenem. Zadziwia techniczny aspekt rozwieszenia tak wielkiego płótna. Szkoda, że seans trwa tylko 30 minut, chętnie zostalibyśmy dłużej i przyjrzeli się szczegółom.
Ciocia Ewa pracuje w czterogwiazdkowym hotelu w centrum Wrocławia i zaprasza nas na obiad. To miła odmiana po biwakowych warunkach ostatnich dni. Na starcie chwila konsternacji, bo Mateusz nie znajduje w karcie swoich ulubionych naleśników. Czterogwiazdkowy szef kuchni jednak nie widzi problemu i serwuje danie zamówione przez małego, ale bardzo wymagającego gościa.
Po obiedzie Mateusz „na chwilę” zasiada w wygodnym fotelu w hotelowym kąciku dla dzieci. Obfity posiłek sprawia, że chwila przedłuża się do pół godziny.
Wcześniej zanotowaliśmy brak pompki, która musiała wypaść gdzieś na wybojach. Wyjeżdżając z Wrocławia zajeżdżamy do sklepu rowerowego. Przez chwilę zastanawiamy się nad oponą dla mnie. Uznajemy jednak, że skoro tyle przejechała, to da radę do końca.
Wieczorem dojeżdżamy do gospodarstwa agroturystycznego Winna Góra w Oławie. Po wcześniejszej rozmowie telefonicznej byliśmy trochę zdziwieni niemałą ceną za nocleg. Na miejscu wszystko się wyjaśnia. Winna Góra to bardzo elegancka posiadłość idealna na wesele, czy spotkanie firmowe. Pan Jan, właściciel, udostępnił nam trawnik na namiot, prysznic, siłownie i basen. Wszystko za darmo!
 
Dzień ósmy
 
Wczoraj zgubiliśmy mapę opolskiego. Teraz kręcimy się po Oławie, ale nigdzie nie możemy kupić nowej. Jedziemy więc na dworzec autobusowy pogadać z kierowcami PKSu. Za ich radą wybieramy drogę 94 do Brzegu, potem boczne drogi po drugiej stronie Odry.
Przed Brzegiem zatrzymujemy się przy drodze, żeby kupić brzoskwinie. Pamiętacie truskawki? Tym razem pan nie tylko dorzuca nam kilka brzoskwiń, ale zabiera nas do sadu, skąd nie wypuszcza, aż nie narwiemy sobie sporej torby czereśni.
W Brzegu chcemy zwiedzić zamek piastowski. W wejściu, jak zwykle, starcie z panią kasjerką na temat wprowadzenia rowerów. Na szczęście pan ochroniarz pozwolił nam zaparkować w swoim pomieszczeniu. Potem jednak jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni paniami pilnującymi porządku w salach zamku. Burzą stereotyp znudzonej babci, która sennym wzrokiem taksuje zwiedzających. Tu każda zrywa się kiedy wchodzimy i … opowiada o ekspozycji. Mateusz szczególnie dopytuje o makietę przedstawiającą Brzeg sprzed lat.
W Popielowie zatrzymujemy się przy cukierni na lody. Mateusz wbiega pierwszy, ja chwilę ustawiam swój rower. Kiedy wchodzę, pani sprzedawczyni składa ręce jak do modlitwy:
- Proszę pana, czy panowie naprawdę jedziecie ze Szczecina?
- No tak.
- Masz chłopczyku, weź jeszcze pączusia, żeby Ci się lepiej jechało - chce pogłaskać po głowie, ale kask przeszkadza. Smycze i długopisy z logo Szczecina szybko znikają z Mateusza kieszeni.
W Czarnowąsach zatrzymujemy się przy pięknym starym drewnianym kościele na cmentarzu. Chwilę rozmawiamy z księdzem. Piękny stary kościół ma … kilka lat. Poprzedni spalił się doszczętnie. Został odbudowany i teraz wygląda podobno niemal identycznie jak oryginał. Przy okazji pytamy też o nocleg w Opolu. Za radą księdza jedziemy do Jezuickiego Ośrodka Formacji i Kultury. Polecamy. Proste warunki, ale bardzo gościnni gospodarze. Fajne miejsce na niskobudżetowy nocleg w Opolu.
Wieczorem ruszamy na zwiedzanie miasta. Bardzo podoba nam się możliwość wdrapania na (odbudowane) mury miejskie. Spory zawód budzi za to zamknięta wieża ratuszowa.
 
Dzień dziewiąty
 
Spaliśmy przy (prawie w) kościele, więc rano mamy blisko na niedzielną mszę świętą. Po mszy rozkładamy się ze śniadaniem, czym budzimy spore zaciekawienie parafian.
Ranek bardzo zimny. Sięgamy po nieużywane wcześniej arsenał: długie spodnie i bluzy. Ubieramy niemal wszystko co mamy. Co będzie jak się jeszcze ochłodzi?
Nasz plan Opola ma bardzo poważną wadę. Nie pokazuje, że wiadukt wyjazdowy jest w remoncie. Mamy do wyboru kładkę nad tortami albo długi objazd. Ale nam się nie spieszy, nie będziemy dźwigać rowerów 10 m w górę po schodach, jedziemy dookoła.
W Krapkowicach chcemy zwiedzić Zamek Św. Mikołaja. Mateusz wiele sobie po tej nazwie obiecuje. Jednak zamek nie dość, że mało „zamkowy”, to jeszcze zamieniony na szkołę i nie można go zwiedzać. Nadłożone do Krapkowic kilometry rekompensuje piękny kościół św. Mikołaja i duży skatepark. („tata, musisz kupić mi taki specjalny rower, bo na góralu nie da się tu skakać”).
W Kędzierzynie-Koźlu spotykamy dwóch kolarzy na tandemie. Proponują nam poprowadzenie bocznymi drogami i pomoc w znalezieniu noclegu w Raciborzu. Pochopnie zgadzam się. Zapomniałem, że tandem jedzie znacznie szybciej niż normalny rower. Po chwili, Mateusz schowany przed wiatrem odjeżdża za nimi z prędkością 45 km/h! Po kilku kilometrach takiej gonitwy panowie zwalniają i patrząc z podziwem na Mateusza przyznają, że normalnie tak nie jeżdżą, że chcieli sprawdzić „tego małego”.
W Raciborzu panowie nadkładają drogi, żeby zaprowadzić nas na camping. Mieli jednak rację ostrzegając nas, że to żadne pole namiotowe. Rzeczywiście camping okazuje się być ośrodkiem zapuszczonych domków. W dodatku za kosmiczną cenę. W zasadzie powinniśmy pojechać dalej, ale Mateusz po wyścigach z tandemem wisi przez ramę roweru i nie ma siły na nic więcej. Przestawiam go więc bardziej „na widok” i zaczynam ostre negocjacje cenowe. Na początku pani w ogóle nie chce z nami rozmawiać. Potem jednak (Mateusz cały czas „umiera” ze zmęczenia) próbuje zadzwonić do szefa, żeby zapytać. Ostatecznie ustalamy cenę, obiecujemy wynieść się z samego rana i spać w śpiworach, żeby nie używać pościeli.
W ośrodku jest basen, więc kiedy Mateusz dochodzi do siebie idziemy oczywiście popływać. Przy temperaturze tej wody, nasz lodowaty Bałtyk to źródła termalne.
 
Dzień dziesiąty
 
Ruszamy bocznymi drogami do Chałupek. Jedna z dróg okazuje się bardzo „boczna”. Na mapie wygląda całkiem normalnie, na jej początku jest nawet drogowskaz na Chałupki, po jakimś czasie kończy się jednak asfalt, potem jest kilka kilometrów żużlu i … wał ziemny w poprzek drogi. A za wałem zawalony most nad rzeką. Oczywiście nie przejmujemy się tabliczką o zakazie wstępu i przechodzimy na drugą stronę.
Za mostem Mateusz łapie gumę. Uff, jak dobrze, że we Wrocławiu kupiliśmy nową pompkę. Jest 1:1 w awariach.
Na granicznym moście nad Odrą w Chałupkach Mateusz ze świecącymi oczami woła „tata, przejechałem całą Polskę!”. Ale dalej nie pojedziemy, bo pierwszy czeski znak to „cyklisto, sesedni z kola” (rowerzysto, zejdź z roweru). Na szczęście to tylko mały remont ulicy za mostem i już po chwili mkniemy czeskimi drogami.
Czesi mają dość żartobliwe podejście do terminu „szlak rowerowy”. Owszem, przed dużymi wzniesieniami zawsze jest tabliczka z objazdem dołem, ale coś co jest oznaczone jako wygodna droga dla dwóch kółek, szybko okazuje się wąską ścieżką przez krzaki jeżyn, której nie powstydziłby się żaden maraton MTB. Po kilku tak ominiętych pagórkach postanawiamy trzymać się asfaltu, żeby nie wiadomo jak stromo prowadził.
A góry coraz wyższe. W Polsce było płasko, a od granicy, jakby nożem odciąć zaczynają się długie, męczące podjazdy. Mateusz szybko dochodzi do wniosku, że „Odra zaczyna się bronić” i jeszcze mocniej naciska na pedały.
Wydawało nam się, że damy radę dojechać tego dnia do źródła. Okazuje się jednak, że planowanie kilometrów programami specjalizowanymi dla samochodów to kiepski pomysł. Po kolejnym, tym razem czterokilometrowym, podjeździe, rozbijamy się na łące nad Odrą, obok miejscowości Odry.
Pierwszy nocleg także był kilka metrów od Odry, ale tamta w Stolpe była cicha i leniwa. Ta tutaj płynie naprawdę warto i szumi jak górski potok. Ale mimo, że do źródła jest tylko 30 km, ma już 2-3 metry szerokości i niesie sporo wody.
Prąd rzeki zbyt silny, więc nici z kąpieli w rzece. Mama na pewno nie uwierzy, że półtoralitrowa butelka wody starcza na umycie dwóch osób.
 
Dzień jedenasty
 
Wstajemy bladym świtem, droga robi się coraz bardziej stroma, a chcemy wjechać na górę, nacieszyć się źródłem i zdążyć zjechać na pociąg.
Odra wytacza ciężką artylerię. Na początek 10 km podjazdu. Szczęśliwie im wyżej tym chłodniej. W czasie jazdy Mateusz z obrzydzeniem wyciąga z kasku … ślimaka. Tak to jest jak, przed założeniem na głowę, nie sprawdza się sprzętu po noclegu na łące. Swoją drogą kask leżał w nocy nie na trawie, ale w namiocie, więc ciekawe ilu jeszcze takim pasażerów z nami jedzie.
W Potstat wydaje się, że wyżej być już nie może. Kupujemy po czekoladowym batoniku, wyjeżdżamy z miasteczka i … znowu pod górę.
Wreszcie wjeżdżamy na Żelezny Krzyż, 661 m npm. To nie jakaś wielka góra, ale żaden z nas nie był jeszcze tak wysoko rowerem. No i wjechaliśmy tu niemal z poziomu morza.
Źródło leży po drugiej stronie góry, 30 m niżej, więc teraz szybko dojeżdżamy do Kozlova. Cały czas jedziemy drogą przez teren poligonu, a sama miejscowość Kozlov wygląda jakby kiedyś była strefa zamkniętą. Otacza ją wysokie, trzymetrowe ogrodzenie z blachy. Wjeżdżamy i skaczemy z radości na widok drogowskazu „Pramen Odry” (Źródło Odry).
Z Kozlova wiedzie czerwony szlak do źródła. Odra rozpaczliwie się broni. W akcie desperacji rozlewa przed nami błoto, z którego wystają wysokie korzenie. Wreszcie udaje jej się wyrwać nam przyczepę, która wypina się na jednej z dziur. Zostawiamy ją więc i ostatnich kilkanaście metrów pokonujemy pchając rowery.
Ku naszemu zaskoczeniu Odra, zamiast tryskać romantycznie ze skały, przesiąka przez całe wzgórze. Stąd tyle bagien naokoło. Nad źródłem stoi mały, zielony domek, w nim zakratowana studnia, w niej stojąca woda, w wodzie pety i śmieci. To ma być czysta, źródlana woda?! Mateusz zaczyna coś przebąkiwać, że już wie, czemu Odra w Szczecinie jest taka zanieczyszczona.
Robimy sesję zdjęciową, oglądamy tablice opisujące Odrę.
- Mateusz chcesz kanapkę?
- Nie, jestem za bardzo podniecony.
- ???
- Tyle czasu marzyłem o tym miejscu!
Wyciągamy telefon, żeby zameldować mamie. A tu … nie ma sygnału. Odra nie tylko broni się, ceni sobie także ciszę i spokój, których nie mają zakłócać dzwonki komórek.
W okolicy znajdujemy zatrzęsienie jagód, więc przedłużamy postój. Po nacieszeniu się celem podróży Mateusz jednak trochę markotnieje, bo to już przecież koniec przygody.
Ruszamy do Lipnika nad Becvou skąd mamy pociąg. Przed nami 10 km zjazdu o nachyleniu dochodzącym do 12%. Szaleńcza jazda trwa kilkanaście minut. Na dole ręce drżą od zaciskania hamulców, a uszy są zatkane od zmiany ciśnienia. W powietrzu czuć zapach gumy klocków hamulcowych.
W Lipniku kupujemy dwa bilety dla siebie i dwa na rowery. Ale pani konduktor w pociągu pokazuje na przyczepę i mówi, że musimy kupić na nią dodatkowy bilet. Tłumaczę, że to tylko jedno koło, a nie dwa, więc po co bilet. Pani kiwa głową, że to „jedno kolo” i musi być bilet. Dopiero po chwili rozmowy dociera do mnie, że przecież koło i rower to po czesku to samo słowo: kolo. Poddaję się i płacę za trzecie kolo.
W pociągu do Szczecina Mateusz, jak zwykle, budzi podziw spotkanych sakwiarzy opowieścią o swojej wyprawie. Wreszcie, po kilkunastu godzinach jazdy, wpadamy w objęcia mamy, dumnej z małego kolarza, który pojechał tak daleko.
 
W sumie przejechaliśmy 917 km. Zajęło nam to 11 dni.
 
 
W czasie ostatnich wakacji, w lipcu, pojechałem z tatą rowerem na wyprawę do źródła Odry. Przejechaliśmy ponad 900 km w 11 dni. Jechaliśmy wzdłuż Odry ze Szczecina do jej źródła w Czechach. Po drodze przejeżdżaliśmy przez różne województwa: zachodniopomorskie, lubuskie, dolnośląskie, opolskie i śląskie. Spaliśmy w wielu miejscach, np. w schroniskach, na campingach, a trzy razy „na dziko”. Mamie nie bardzo spodobało się to, że spaliśmy „na dziko”. Jechaliśmy różnymi drogami, ale najbardziej podobały mi się ścieżki rowerowe w Niemczech. Prowadziły one po wałach przeciwpowodziowych, na których był położony asfalt.
Po drodze rozdawaliśmy napotkanym ludziom smycze, naklejki i długopisy z symbolem Szczecina. Wszystkim tym, którzy interesowali się naszą wyprawą. Kilka razy dostałem od przygodnych osób podarunki, na przykład poszedłem kupić loda, a wyszedłem z pączkiem i lodem. Było to między Opolem, a Brzegiem Dolnym.
Większość trasy była płaska, jednak ostatnie dwa dni po czeskiej stronie były górzyste. W tych dniach podjechałem górę o wysokości 661 m i nazwie Żelezny Krzyż. Gdy dojechałem do źródła Odry bardzo się zdziwiłem. Nie tak sobie je wyobrażałem. Była to okratowana i zaśmiecona dziura.
Bardzo mi się podobało i polecam taką wyprawę innym dzieciom.
 
Mateusz dostał za wypracowanie 5-
 
 

Kontakt

marek@memorek.pl

 3194816

memorek

 

Ta strona działa od 17 grudnia 2011.

Tutaj też jeździmy

Mateusz i Marcin trenowali i pierwsze szlify zdobyli  w UKS Energetyk Junior Gryfino

 

W towarzystwie STRADA m.in. organizujemy coroczny wyścig dla dzieci i młodzieży

Twarzoksiążka