Świnoujście - Hel - 2008

Tylko nas dwóch. Tata i syn. Rowery i prawie 500 km wzdłuż wybrzeża Bałtyku. I podziw mijanych sakwiarzy: „taki mały, 9 lat, a jedzie tak daleko”. Czy można wyobrazić sobie fajniejsze wakacje?
 
Galeria z wyprawy (to jest galeria z naszej starej strony i otworzy się w nowym oknie)

Dzień pierwszy
Zrywamy się bladym świtem (czy raczej w środku nocy), żeby zdążyć na pociąg i o 7 wystartować ze Świnoujścia. Tego pierwszego etapu ze Świnoujścia do Międzyzdrojów obawialiśmy się najbardziej. Jednak mimo, że to droga krajowa i dużo ciężarówek, to gładki asfalt i bardzo szerokie pobocze sprawiają, że jedzie się bezpiecznie i komfortowo. W Międzyzdrojach wjeżdżamy na molo, by zaraz z niego uciec wypędzeni ostrym wiatrem. Na szczęście wieje cały czas na wschód, więc pomaga w jeździe. Przysiadamy na moment obok Gustawa Holoubka na nowej ławeczce-pomniku i pędzimy dalej.
Za Międzyzdrojami zaczyna się chyba najniebezpieczniejszy odcinek całej wyprawy. Wąska droga wijąca się pomiędzy wzgórzami Wolińskiego Parku Narodowego, potężne rynsztoki zamiast pobocza i pędzące samochody. W nagrodę przepiękna przyroda Parku. Warto też odbić na chwilę od drogi, żeby odwiedzić zagrodę żubrów.
Gdzieś w okolicach Międzywodzia, z drogi, przez krzaki, widzimy na łące parę zwijającą namiot i pakującą sakwy. Machamy do siebie i jedziemy dalej. Jak się później okaże, nie będzie to ostatnie nasze spotkanie.
W Dziwnowie odwiedzamy Aleję Gwiazd Sportu (Mateusz po dłuższym poszukiwaniu odnajduje medale kolarskie), w Trzęsaczu słynne ruiny kościoła. Kiedy go budowano (XIV/XV w.) stał 2 km od brzegu. Kolejnymi sztormami morze systematycznie wdzierało się w głąb lądu. Dziś samotna ściana kościoła stoi na brzegu klifu, zaledwie kilkanaście metrów od morza.
Na noc zatrzymujemy się w Rewalu, choć Mateusz zdecydowanie domaga się dalszej jazdy („dawaj tata, machniemy dziś setkę”). Przy wyborze pola namiotowego popełniamy taktyczny błąd, rozbijając się tuż obok wesołego miasteczka. Na szczęście zmęczenie i wrażenia z całego dnia zapewniają nam sen nieczuły na pokrzykiwania pasażerów karuzel i kolejek. Wcześniej jednak zaliczamy codzienne, obowiązkowe: lody i kąpiel w morzu.
 
Dzień drugi
Zaczyna się bardzo zimno. Szczęśliwe pogoda ma niewiele wspólnego z prognozami, które zapowiadały intensywne deszcze.
Czytaliśmy opisy wypraw, które przedarły się przez wojskowy poligon wprost do Mrzeżyna, jednak nasze wcześniejsze próby zawsze kończyły się na bramie rozmową z uśmiechniętym, ale stanowczym wartownikiem. Ruszamy więc od razu w stronę Trzebiatowa. Tu porażka – wieża widokowa na Kościele Mariackim zamknięta na głucho. Zwiedzamy więc sam kościół i jedziemy dalej w stronę Mrzeżyna. Między Mielnem i Dźwirzynem droga robi się koszmarna. Powykrzywiane betonowe płyty, wokół powojskowe zdewastowane budynki, rozwalające się płoty. Chyba gmina nie ma pomysłu na te tereny.
Kilkanaście kilometrów przed Kołobrzegiem wyprzedza nas starszy pan na kolarce. To, że jedzie znacznie szybciej od nas i jest ubrany „w obcisłe” działa na Mateusza jak płachta na byka. Siada panu na koło i gna za nim aż do tablicy „Kołobrzeg”. Ja z przyczepą ledwo nadążam, ale mina pana, który ogląda się i nieustannie widzi za sobą małego kolarza, nagradza każdy wysiłek.
Kołobrzeg najlepiej byłoby ominąć. Ale kiedy podróżuje się we dwóch, to trzeba respektować plany towarzysza. A Mateusz ma w Kołobrzegu żelazny punkt, który musi zaliczyć przy każdej wizycie – okręt muzeum ORP Fala. Zostawiamy rowery pod czujnym okiem pani bileterki i – po raz setny – dokładnie zwiedzamy statek.
Na promenadzie w Kołobrzegu tłumy. Dopiero na samym jej końcu udaje nam się znaleźć kawałek murka żeby siąść na chwilę. Głowimy się po co ludzie przyjeżdżają na wakacje w taki ścisk.
Wyjazd z Kołobrzegu to bajka. Prosto z miejskiego parku wjeżdżamy na ścieżkę rowerową zbudowaną wśród nadmorskich lasów i mokradeł. Tam gdzie jest zbyt mokro na ścieżkę betonową, droga prowadzi pomostem nad wodą.
Kiedy ścieżka się kończy dojeżdżamy do starego lotniska wojskowego w Podczelu. Szerokie betonowe pasy po horyzont sprawiają z początku wrażenie oazy bezpieczeństwa dla rowerzystów. Nic bardziej mylnego – na jednym z pasów okoliczna młodzież zajeżdża swoje samochody i motocykle. Ratuje nas tylko ryk maszyn, który jest tak ogromny, że nie sposób nie usłyszeć nadjeżdżającego monstrum.
Za lotniskiem po raz pierwszy zjeżdżamy z asfaltu i leśnymi ścieżkami dojeżdżamy do Gąsek. Rozbijamy namiot z widokiem na latarnię, wbiegamy szybko na nią, po czym pędzimy zaliczyć codzienne, obowiązkowe: lody i kąpiel w morzu.
Wieczorem, kiedy nad mapami na następny dzień sączymy herbatę w barze obok kempingu, podjeżdża para na rowerach. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że to Ania i Maciek, których widzieliśmy dzień wcześniej w okolicach Międzywodzia. Z lekkim niedowierzaniem patrzą na Mateusza, który przejechał tę samą trasę co oni i zamierza dojechać na Hel. Od tej pory, do końca trasy będziemy codziennie mijać się na drodze.
 
Dzień trzeci.
W nocy padało. Zwijamy mokry namiot i ruszamy dalej na wschód.
W Mielnie, na głównym placu, zaśmiewamy się czytając tablicę z tekstem aktu erekcyjnego obelisku upamiętniającego „wyzwolenie i powrót Ziem Zachodnich do macierzy”. Dowiadujemy się z niego kto w tym czasie piastował stanowiska: I Sekretarza KC PZPR, I Sekretarza KW PZPR, I Sekretarza KMiP PZPR oraz wiele innych godności.
W Łazach potwierdza się stara prawda: "Słuchaj ludzi, którzy przejechali szlak, a nie tubylców, którzy nie mają pojęcia co jest za następną wioską". Wierzymy miłej pani w sklepie spożywczym i równie miłemu panu zamiatającemu ulicę, że da się przejechać rowerem na północ od jeziora Bukowo. Niestety, ścieżka która miała nas doprowadzić do Dąbek kończy się wkrótce na wydmach i czeka nas czterokilometrowe pchanie rowerów po plaży. Próbujemy iść po twardym tuż nad wodą, wkrótce mamy mokre buty i dość takiej wyprawy. W trakcie walki z piachem i falami dopada nas pierwszy (i jedyny) kryzys i urządzamy sobie karczemną kłótnię o to, czyja to wina, że nie pojechaliśmy na południe od jeziora. Na szczęście droga przez plażę zajmuje prawie dwie godziny, mamy więc wystarczająco dużo czasu, by pogodzić się przez zejściem na twardą drogę.
Już w dobrych nastrojach dojeżdżamy do Darłowa, gdzie zwiedzamy Zamek Książąt Pomorskich i uciekamy przed burzą w stronę Jarosławca. Szlak na północ od jeziora Kopań to dziurawe i krzywe płyty jumbo ułożone na wale przeciwpowodziowym. Potem zastępują je zbutwiałe, równie dziurawe podkłady kolejowe. Jednak po porannych przejściach na plaży wydają nam się najlepszą ścieżką rowerową świata.
W Jarosławcu na licznikach mamy 70 km, ale Mateusz uznaje, że za mało mu wysiłku i naciąga mnie na skoki na balonie na plaży. Kiedy zaczyna, pani pilnująca czasu odbiera telefon i … traci kontakt z otoczeniem. W efekcie Mateusz skacze zamiast 5 minut prawie pół godziny.
Przed snem zaliczamy codzienne, obowiązkowe: lody i kąpiel w morzu.
 
Dzień czwarty.
Po raz pierwszy budzi nas słońce. Staramy się dosuszyć buty zamoczone wczoraj w trakcie spaceru po plaży.
Jezioro Wicko trzeba ominąć od południa, bo na północy wojsko rozłożyło się poligonem. Wśród spacerujących po łąkach bocianów ruszamy w stronę Ustki. Słońce zaczyna coraz bardziej przygrzewać. Za kilka godzin zapomnimy jak za nim tęskniliśmy do tej pory i zaczniemy je przeklinać.
W Ustce spotykamy – drugi raz tego dnia – Anię i Maćka, którzy już przestali się dziwić, że Mateusz jedzie tym samym tempem co oni. Korzystając z okazji zostawiamy rowery pod ich opieką i wchodzimy na latarnię. Dwa lata wcześniej objechaliśmy (samochodem) wszystkie polskie latarnie morskie, ale zawsze lubimy wspiąć się i pooglądać świat z wysoka.
Z Ustki do Rowów jedziemy Szlakiem Zwiniętych Torów. Spodziewaliśmy się czegoś poważniejszego po tak szumnej nazwie, a to tylko twarde ścieżki leśne. Ale za to płasko jak po stole, bo szlak wiedzie starą linią kolejową, dla której wszystkie pagórki zostały zniwelowane.
W Rowach kupujemy bilety i wjeżdżamy do Słowińskiego Parku Narodowego. Chwilę buntujemy się na to, że trzeba płacić za wjazd, ale przyroda Parku powala na kolana i nie żałujemy wydanych pieniędzy. Po raz pierwszy mamy błoto na trasie. Z Mateusza wychodzi maratończyk MTB – w trudnym terenie wyraźnie przyspiesza. A mi z przyczepą odwrotnie – idzie znacznie gorzej.
 
Przed Smołdzinem mijamy stadko krów i byków. Chwila konsternacji – zajmują całą drogę i nie reagują na nasze pokrzykiwania (mieszczuchy nie wiedzą jak krzyknąć na krowę). Wreszcie udaje nam się przemknąć bokiem. Połowa nas jest trochę przestraszona koniecznością podchodzenia do stworzenia znacznie wyższego od siebie. Potem dowiadujemy się od pewnego starszego pana: "A tak, bo one tu do jednego gospodarza co wieczór same wracają z pastwiska".
Wreszcie docieramy do Kluk. Okazuje się, że w Klukach, słynnych z Muzeum Wsi Słowińskiej, poza skansenem nie ma ... nic. Żadnego pola namiotowego, żadnego sklepu. Co rano przyjeżdża samochód z chlebem, co tydzień samochód z mięsem. Nocujemy na podwórku u pewnej starszej pani. Nie ma wprawdzie prysznica, ale za to najlepiej utrzymany trawnik wśród tych, na których spaliśmy. Nieśmiało prosimy panią o wrzątek na herbatę. Po chwili pani wraca z garnkiem pełnym słodkiej herbaty z cytryną. Już ma odchodzić, ale zostaje i długo opowiada nam, jak to się kiedyś żyło w Klukach.
Wieczorem urządzamy jeszcze krótki trekking nad jezioro Łebsko. Czy już wspominaliśmy, że przyroda Słowińska powala na kolana? Wszystko byłoby pięknie, gdyby tata nie męczył syna czytaniem przydrożnych tablic edukacyjnych opisujących miejscową florę i faunę.
Niestety nici z codziennych, obowiązkowych: lodów i kąpieli w morzu – nie mamy w pobliżu, ani budki z lodami, ani morza.
Tego dnia przejechaliśmy najdłuższy dzienny dystans: 86 km.
 
Dzień piaty.
Zaczynamy od zwiedzania Muzeum Wsi Słowińskiej. Dowiadujemy się, że chałupy, które zwiedzamy, jeszcze w latach 70-tych XX wieku były zamieszkane. Jedną z atrakcji skansenu są wypieki gospodyń z Kluk. Objadamy się z Mateuszem po uszy.
Z Kluk do Łeby można dojechać na północ przez słowińskie wydmy, my jednak mamy już dość pchania rowerów po piachu i wybieramy słynny błotny szlak na południe od jeziora Łebsko. Kiedy wcześniej rozmawialiśmy z panią w Muzeum o tej drodze, usłyszeliśmy: „Wie Pan, jak przyjeżdżają do nas rowerzyści z tamtej strony, to są strasznie uwalani w błocie”. Szlak rzeczywiście bardzo ciężki, momentami zapadamy się w błoto po osie. Całości dopełniają chmary komarów i much, które wygłodniałe rzucają się na bezbronnych rowerzystów.
W Łebie postanawiamy, zamiast lasami wzdłuż morza, jechać dalej asfaltem nieco nadrabiając kilometrów. Zapominamy jednak, że to już Kaszuby – „płaskie” się skończyło i czekają nas spore, długie podjazdy. Na jednym z nich spotykamy rodzinę walczącą z łańcuchem w rowerze taty. Pomagamy założyć i po chwili dowiadujemy się, że rower jest z wypożyczalni i zdążył się już kilka razy zepsuć w trakcie krótkiej przejażdżki. Naśmiewamy się ze stanu technicznego roweru.
Już po kilku kilometrach żałujemy naszych żartów – awaria dopada także nas. Pęka sprężyna napinająca mój przedni hamulec, do końca wyprawy będę jechał tylko z tylnym.
W Białogórze spotykamy panią wychowawczynię z obozu, na którym Mateusz był na początku wakacji:
- O, Mateusz! Dzień dobry.
- Dzień dobry.
- Jeździcie z tatą na wycieczki?
- Tak.
- A skąd przyjechaliście.
- Ze Świnoujścia.
- Skąd???!!!
W Dębkach przed snem zaliczamy codzienne, obowiązkowe wiadomo co.
 
Dzień szósty.
Dziś dojedziemy na Hel! Mimo tej radosnej perspektywy, po raz pierwszy są problemy, żeby obudzić Mateusza.
Wreszcie ruszamy. Najpierw przez las do Karwi (mimo, że mapa pokazuje szlak pieszy, nie spotykamy żadnych oznaczeń – jedziemy „na czuja” starając się mieć cały czas morze po lewej stronie), potem asfaltem w stronę Władysławowa. To drugi niebezpieczny odcinek wyprawy. Bardzo duży ruch i brak pobocza.
Okazuje się, że Jastrzębia Góra jest górą nie tylko z nazwy. To chyba największy podjazd na całej wyprawie. Porządnie zmęczeni docieramy do „Gwiazdy Północy” wyznaczającej punkt najdalej wysunięty na północ Polski.
We Władysławowie wjeżdżamy na ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż całego półwyspu. Ach, gdybyśmy całą drogę mieli taką drogę!
Kiedy dojeżdżamy do tablicy „Hel” okazuje się, że do miasta jest jeszcze kilka kilometrów szutrowej drogi. Mateusz upojony sukcesem (dojechałem!) gna jak na wyścigu pokonując kolejne strome pagórki – ja ledwo za nim nadążam, a przerażeni turyści uciekają na boki.
W Helu sporo zajmuje nam znalezienie kempingu. Od początku wyprawy umawialiśmy się, że każdego dnia Mateusz uczy się rozbijać namiot i na Helu zrobi to sam. Teraz dziarsko zabiera się do pracy, jednak po chwili stwierdza, że trochę jest zmęczony i na chwilę się położy. Mimo, że to środek dnia, po minucie zasypia. A państwo z sąsiedniego namiotu pytają co zrobiłem dziecku, że takie wykończone. Ze współczuciem kiwają głowami na informację skąd przyjechał.
Kiedy namiot już rozbity, a kolarz obudził się po drzemce, uznajemy, że dojechawszy tak daleko, po tygodniu żywienia się zupkami i kanapkami „made by tata”, zasłużyliśmy na porządny obiad. Idziemy więc do knajpy w okolicach portu i … płacimy za obiad niemal tyle, co za jedzenie przez całą wyprawę.
Obowiązkowym punktem wizyt na Helu jest Fokarium. Długo podziwiamy dostojne ruchy fok, a Mateusz jest zszokowany wystawą pokazującą jakie śmieci człowiek wyrzuca do morza i ile czasu będą tam zalegać.
Wobec katastrofy finansowej jaką w budżecie wyprawy spowodował obiad rezygnujemy z lodów. Nic jednak nie zatrzyma nas przed kąpielą w morzu. Mateusz oburza się na uwagę, że może by tak popływać w zatoce, bo tam mniejszy wiatr i cieplejsza woda. Ciuchy zostawiamy jak zwykle pod opieką innych plażowiczów – młodzi ludzie, szczelnie opatuleni windstoperami, patrzą na nas jak na stwory z innej planety, kiedy mówimy, że idziemy się kąpać. Rzeczywiście trochę wieje, a fale są wyższe od Mateusza.
Wieczorem spotykamy po raz ostatni Anię i Maćka. Roztrząsamy szczegóły trasy, robimy pamiątkowe fotki, umawiamy się na jakąś wspólną wyprawę i odprowadzamy ich na tramwaj wodny do Gdyni. My kończymy, oni mają jeszcze kilka dni wolnych i postanawiają jechać dalej na wschód.
 
Dzień siódmy.
Wracamy.
Na początek zgrzyt przy wejściu na tramwaj wodny do Gdańska. Okazuje się, że na przyczepę musimy mieć osobny bilet jak za trzeci rower. Tylko kilka minut do wypłynięcia, zostawiam Mateusza na statku („tata, na pewno zdążysz???”) i gnam do kasy. Kiedy wracam znajduję wyluzowanego Mateusza, w towarzystwie innych sakwiarzy, którym chwali się swoją wyprawą.
W Gdańsku jedziemy spokojnie Długim Targiem, kiedy gwałtownie zatrzymuje nas pan prowadzący swój rower i każe nam szybko zsiąść z naszych. Pokazuje przy tym strażników miejskich wypisujących mandat innemu rowerzyście. Jakoś wcześniej nie zauważyliśmy zakazu jazdy na rowerach.
Kiedy dochodzimy do końca Długiego Targu wyciągam telefon, na który dostałem wcześniej SMSy z instrukcjami jak dojechać do naszej rodziny w Gdańsku. Katastrofa! Bateria się rozładowała. Ruszamy więc na czuja. Po chwili przejeżdżamy koło szpitala. Kilka osób w holu jest lekko zdziwionych widokiem gościa w kasku rowerowym, który wchodzi do szpitala, podłącza telefon do gniazdka, popatrzy na niego przez chwilę, wyłącza i wychodzi.
Po krótkim kluczeniu lądujemy na obiedzie u naszej rodziny. Zawsze wiedziałem, że Mateusz potrafi dużo zjeść, ale tym razem przechodzi sam siebie. Sprząta wielki talerz naleśników, które ciocia dokłada raz za razem.
W pociągu do Szczecina, funkcję „miejsca do przewozu rowerów” okazuje się pełnić … jeden przedział, z którego wymontowano fotele. Najpierw trzeba się przecisnąć przez wąskie drzwi wagonu, potem równie wąskim korytarzem do owego przedziału. Na koniec pozostaje zadanie z kategorii niewykonalnych: upchać w małym przedziale 10 rowerów, bo tyle osób chciało przewieść swoje pojazdy. W dodatku sąsiedni przedział, który oddziela tylko szyba (żeby rowerzysta mógł pilnować swojej maszyny), zajmują panowie konduktorzy. PKP dba o klientów na dwóch kółkach…
 
W sumie przejechaliśmy 480 km. Zajęło nam to 6 dni.
 
 
 
Czym się różni wyprawa rowerowa z dzieckiem od jeżdżenia samemu poza tym, że jedzie się wolniej? Trzeba dokładniej planować trasę. Jadąc sam mogę bez problemu dołożyć na koniec dnia kilkanaście kilometrów, żeby dojechać w lepsze miejsce na nocleg. Dziecko może nie dać rady, dlatego dobrze wcześniej zaplanować sobie trasę i miejsca na nocleg.
Druga ważna rzecz to cel. Mnie sprawia przyjemność jeżdżenie dla jeżdżenia. Mateusz musiał mieć jasno określony cel. Skoro to nie maraton i nie ma się z kim ścigać, to trzeba jechać „dokądś”.
Przed i po wyprawie z dzieckiem trzeba się częściej tłumaczyć i odpowiadać na uwagi w stylu: „a czy ty przypadkiem nie robisz dziecku krzywdy?”, „przecież go zajeździsz”. Nie zamierzamy jednak słuchać takich narzekań. Nie ma nic bardziej integrującego ojca i syna niż samotna, długa droga. W dodatku na rowerach.
Za rok pojedziemy jeszcze dalej.

 

Kontakt

marek@memorek.pl

 3194816

memorek

 

Ta strona działa od 17 grudnia 2011.

Tutaj też jeździmy

Mateusz i Marcin trenowali i pierwsze szlify zdobyli  w UKS Energetyk Junior Gryfino

 

W towarzystwie STRADA m.in. organizujemy coroczny wyścig dla dzieci i młodzieży

Twarzoksiążka